czwartek, 24 września 2015

Co wy robicie w tej Afryce?

A co wy robicie całymi dniami w tej Afryce…,słyszę czasami. Nic, odpowiadam z lekkim uśmieszkiem na twarzy… Dzieciaki obskakują nas, krzyczą, witają. Gromadka ludzi pochylona nad studnią. Nie, nie wszyscy pracują. Większość z nich to gapie, pełniący ważną funkcję ekspertów i znawców. Nie ma tu nic lepszego do roboty. Małe wioski nie dostarczają wielu atrakcji. Michał wypakowuje przywieziony cement, podczas gdy ja zapoznaję się z gapiami i robotnikami, upewniając się, że zapamiętają moje imię. Nie lubię okrzyków „Yovo. Yovo !” Znając moje imię już nikt nie nazwie mnie „Biała”. Chłopaki żartują coś pod nosem. Nie rozumiem, ale łatwo domyślam się o co chodzi. Michał to mój mąż, rzucam na ślepo, ale jestem prawie pewna, że trafiam w sedno. Aha…ok…ok. Atmosfera oczyszczona, nie ma zbędnych komentarzy. Od tej pory już z daleka będą krzyczeć: Sylwia! E foa? (tłum. Jak się masz?). Bez podtekstów, bez głupich uśmieszków, bez kolorowych określeń. Patrzę w dół studni, na samym dole siedzi mężczyzna. Kopanie studni to powolny proces. Powolny, jeśli do pracy dochodzi butelka Sodabi, tutejszego palmowego spirytusu. Ohhh … panowie… za dużo sodabi i robota nie pójdzie, mówię z uśmiechem. Tak, za dużo nie dobrze… nie dobrze, odpowiadają. Każdy łyka kieliszeczek, kolejka dochodzi do mnie. O nieeeee, stanowczo odmawiam. Nie nalegają, nie zmarnuje się. Wyciągają kopiącego z głębokiego dołu. Dostaje swoją porcję palącego trunku. Dzieciaki noszą cegłówki. Kobiety nabierają wody z wyschniętej już prawie studni. Po każdym wyciągnięciu starej, dziurawej, plastikowej bańki po oleju silnikowym na sznurku, czekają aż napłynie odrobina świeżej wody. Mamka siedząca pod drzewem karmi malucha obnażając swą pierś. To nic rażącego, nic gorszącego. W Afryce to nie temat tabu. Odsłonięte piersi karmiących matek, półnagie wyznawczyni religii Voodoo, młode lub stare kobiety z różnych przyczyn rozebrane do połowy, to częsty widok na wioskach. Obserwuję kobietę, dzieciaki, Michała pomagającego robotnikom. Mieszają przywieziony cement, wylewają kolejny okrąg. Trzeba będzie poczekać do jutra, aż wyschnie. Kopać więcej się nie da. To tyle na dzisiaj. Niedzielne popołudnie. Klinika zamknięta. Do domu Hammera przychodzi dziewczyna o kulach, Rose. Kilka miesięcy temu miała wypadek. Kości potrzaskane. W jedno udo włożyli jej pręt. Niespodziewanie otworzyła się dziś rana, więc jadę z pielęgniarką, Brittany, do kliniki. Nie ma nikogo innego. Chwytam więc za rękawiczki. Pomogę ci, mówię. Podaję waciki, nasączam je różnymi potrzebnymi płynami. Tnę bandaże, podtrzymuję, przycinam… Rana ma infekcję. Brittany wyciska ropę. Rose wytrzymuje do momentu, gdy Brittany dostaje się pod skórę. Specjalnym patyczkiem zakończonym wacikiem sięga głęboko pod zaszytą ranę. Widząc jak patyczek chowa się dziesięć centymetrów jeżdżąc pod skórą uginają mi się nogi i wielkie krople potu spływają mi po plecach i czole. Rose wybucha głośnym płaczem. Jeśli tego nie oczyści będzie jeszcze gorzej. Podaję cienkie paseczki bandaża nasączonego specjalnym płynem, które do jutra zostaną pod jej skórą. Rose wyje, ja biorę głęboki wdech. Udało się. Rose wytrzymała, ja nie zemdlałam. Dwa dni po tym krwawym doświadczeniu jedziemy na wioskę. Brittany jest chora. Jedziemy sami z Kwame, kolejnym pielęgniarzem. Tym razem to ja będę mu asystować. Na wiosce nie ma tak drastycznych doznań. Nie ma dlatego, że znam tamtejsze rany. Zdążyłam się przyzwyczaić i wiem, czego się spodziewać. Jeśli dojdzie coś nowego, świeżego i drastycznego to na pewno zleję się potem i znowu poczuję ten dziwny stan lekkości. Oprócz małego poparzonego chłopca nic więcej nie doszło do stałego kompletu naszych rannych pacjentów. Nie było krwawo. Nie było dramatu. Ufff….. Piaskową drogą udaję się w kierunku szkoły. Pozdrawiam panią, od której codziennie kupujemy dwa kokosy. Mijam panią sprzedająco paliwo w butelkach i gromadkę jej rozkrzyczanych dzieci. Tych małych brzdąców nie mogę nauczyć mojego imienia. Niby rozumieją, ale od dwóch miesięcy i tak z uporem powtarzają „Yovo, yovo…!” (tłum. biała, biała). Wołam najgłośniejszego, chwytam jego małe brudne rączki i po raz enty cierpliwie mówię jak mam na imię . Na końcu dodaję po polsku: Jeśli nie zapamiętasz i tym razem, to wrócę i cię zjem. Aha !, kiwa zadowolony malec. Idę dalej i po chwili zatrzymuje się motor: Idziesz do szkoły?, pyta motocyklista. Podwiozę cię, słyszę. To jeden z robotników. Już z daleka widać mężczyzn skaczących po prowizorycznym stropie, nowobudowanej szkoły. Szukam Michała. Miał gdzieś tu być i skakać z kablami. Obchodzę szkołę, obserwuję kto tam po dachu się kręci. W końcu przeciskam się przez belki wewnątrz budynku. Jest. Znajduję go kującego dziury w ścianach. Chłopcy obok podają cegły na dach. Ktoś zbija deski. Inny wygina druty. Ooooo…Tu zwisają czyjeś nogi. A tu ktoś roznosi wodę w wiadrze. Praca wre. Czasu niewiele. Za tydzień budynek ma być skończony. Patrzę jak Michaś wchodzi po drabinie na dach. Ta drabina to tak na „słowo honoru”, myślę. Modlę się w duchu by nikomu nic się nie stało. Jakoś słabo mi to wygląda… - Spadł majster z dachu, słyszę wieczorem. - Jak to?, pytam. - Mówił żebym nie stawał na środku desek. - I co?. - Ja usłuchałem, on niestety sam siebie nie. Będzie żył. Jest poobijany ale nic poważniejszego się nie stało. Oddycham z ulgą, z jednej strony że majster żyje, a z drugiej, że Michał posłuchał dobrej rady. „Już prawie trzynasta”, pospieszam Michała. Za chwilę zaczynają się nasze lekcje lokalnego języka Ewe. Przez sześć godzin w tygodniu próbujemy zgłębić początki tajników tego niezwykłego języka, tak bardzo innego, niż wszystkie inne znane mi do tej pory. Nie ważne, że nauczyciel i tak zawsze się spóźnia. To Afryka…tutaj czas płynie zupełnie inaczej. Ja, z płynącą europejską krwią w żyłach, mimo wszystko staram się być na czas. Nie spieszy mi się, mogę poczekać. Radość i ogrom zaskoczenia tubylców słyszących białego mówiącego w ich dialekcie, nawet odrobinkę, jest warta zachodu i poświęconych godzin. Jest warta, szczególnie w sytuacjach, gdy babcia chwyta cię za rękę i spaceruje z tobą wypytując o to jak się czujesz, czy dobrze spałeś, jak tam się ma twoja żona, twój mąż, jak dzieci, dom, itd…itd… - Co robicie całymi dniami w tej Afryce? - Nic szczególnego..., odpowiem z uśmiechem…






 STUDNIA




















KLINIKIA








SZKOŁA



























































czwartek, 27 sierpnia 2015

Klinika

Przed niewielkim budynkiem widzę kilku oczekujących. Rzuca mi się w oczy chłopak. Zawsze w tym samym miejscu cierpliwie czeka na swoją kolej. Obficie obandażowaną i wielką od opuchlizny nogę kładzie swobodnie na trawie. Macha z daleka na dzień dobry, choć nie jest skory do rozmów. Co się dziwić, nikt nie jest tu dla przyjemności. Inny, okryty kolorowym materiałem wygląda nieciekawie. Zdrowa ręka podtrzymuje owiniętą i paskudnie rozharataną dłoń. Wykrzywiona bólem twarz próbuje uśmiechnąć się na przywitanie. Nawet nie zagaduję. Oszczędzam mu wysiłku, kiwam tylko głową. Klimat Afryki nie należy do najłatwiejszych. Zaniedbanie i zlekceważenie małych niekiedy zadrapań prowadzi do ogromnego bólu, infekcji i długotrwałego leczenia. Upał, kurz i pot nie pomaga w gojeniu. Dwa małe pokoiki. Jeden do konsultacji, drugi do opatrunków. Kobieta owinięta białą chustą nawet przez chwilę nie piśnie z bólu. W miejskim szpitalu nie trafili z zastrzykiem. Mocne lekarstwo rozlało się w miejscu, gdzie wyżarło skórę i zostawiło otwartą, wielką ranę. Każdy dotyk sprawia niewyobrażalne cierpienie. Znosi to bez zająknięcia. Malec wyje. Musimy oczyścić kostkę, tłumaczy pielęgniarka. Przytrzymuję jego nogi i ręce. Wyrywa się jak przerażone zwierzątko. Wierzga nogami. Krzyczy z przerażenia. Nie możesz grać w piłkę, tłumaczy matka. Dopóki rana się nie zagoi. Malec nie słuchał. Bieganie po boisku i kopanie piłki spowalnia leczenie. Z dziury na kostce wydobywa się ropa, krwawi. Następnym razem posłucha. Następnym razem będzie lepiej. Tuż przed zamknięciem zjawia się maleństwo z poparzonym karkiem. Nie płacze. Ciekawość wywołana moim aparatem na chwilę odwraca jego uwagę. Puszcza kurczowo przyczepione do mamy rączki. Nie uśmiecha się. Nie ma nic do śmiechu. Rana piecze. Skaleczenia są różnej maści. Zdarzają się wypadki przy pracy w polu, najczęściej od maczety. Wypadki na budowie. Wypadki na motorze. Rozcięcia na stopach. Ukąszenia, które przez ciągłe drapanie przeradzają się w duże, rozdrapane do krwi rany. Są też przypadki niewytłumaczalne. Przypadki, w których świat duchowy, walka dobra ze złem staje się widoczna, namacalna. Główna religia w Togo to Voodoo. Składanie ofiar diabłu, fetysze, bóstwa, pakt z szatanem czy klątwy są na porządku dziennym. Pojawiają się rany, które nie goją się kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt lat. Czy ich posiadacze wiedzą dlaczego, skąd? Tak. W Togo nie ma ateistów. Każdy wierzy w świat duchowy. Jest to najważniejsza część, istota ich życia. W większości niestety wyjątkowo mroczna. Jedziemy do oddalonej o ponad dwadzieścia kilometrów wioski. Droga pełna kurzu i dziur. Są tu chorzy, którzy nie są w stanie dojechać do miasta. Mnóstwo dzieci, jak wszędzie w Afryce. Odwiedzamy kolejno pacjentów rozrzuconych o kilka, kilkadziesiąt, kilkaset metrów. Niektórzy nie mogą zapłacić za leczenie. Płaci się 200 FCFA, czyli około 1,30 zł. Zapisani w zeszycie, następnym razem zapłacą. Z jednej chatki wychodzi babinka. Starutka. Trzymając się kija, trzęsie się na chudych, starych nogach. Cienkim, cichym głosem mówi coś o oczach. Podchodzę bliziutko, witam się z babcią. Ma słabe oczy. Nie mogę jej pomóc, nie teraz. Ale spróbujemy następnym razem. Dotrzymujemy obietnicy. Pamiętamy o jej oczach. Niestety żadne z przywiezionych okularów nie pasują. Spróbujemy raz jeszcze. Jedna kobieta to twarda sztuka. Nie boi się bólu. Z ran sączy się ropa. Wyciskaj, mówi. Zagryza wargi. Inna ma kota. Lubię ją. Nie dlatego, że ma kota. Po prostu. Nie pytam czy go zje. Na razie jest mały. Miałam dwa, opowiadam. Przy następnej wizycie dopytuje się o ich imiona. Różni nas absolutnie wszystko. Kot to jedyne co nas łączy. Przynajmniej na razie. Pomoc rannym rozpoczął dwadzieścia lat temu pastor Hammer, z którego wielką rodziną mieszkamy od ponad miesiąca. Początkowo przyjmował rannych w domu, czyścił, bandażował, leczył, modlił się. Od tego czasu zbudował klinikę. Hammera zastąpiło młodsze pokolenie pielęgniarzy, pomocników, wolontariuszy, misjonarzy. Czy klinika, ta stacjonarna lub mobilna zarabia? Nie. Opłaty jakie ponoszą pacjenci nie starczają nawet na pokrycie kosztów bandaży. To po co to wszystko? Z chęci niesienia pomocy. Łagodzenia bólu. Docierania tam, gdzie nie wielu chce dotrzeć, nie chce lub nie może. Dawania nadziei. Zmiany. Robienia czegoś wbrew logice tego świata. Gdzie nie ma pieniędzy, ale jest coś więcej. Miłość do bliźniego. Z przyjemnością towarzyszę pielęgniarzom w wizytach na wiosce. Nie opatruję, ale rozmawiam, przyglądam się, obserwuję. Nie zawsze jest to łatwe. Dla bardziej wrażliwych, wioski Voodoo mogą być męczące. Chcę jednak poznać odwiedzanych pacjentów. Dowiedzieć się kim są mieszkańcy, co robią, w co wierzą. Chcę zrozumieć czego się boją, a co sprawia im radość. Po co? Jeszcze nie wiem. Nawet nie wiem, czy mi na to pozwolą. Pewnie kiedyś się przekonam.






























czwartek, 13 sierpnia 2015

Podwórko

Hałas ciętego drewna z zakładu obok. Odgłosy rozmów w ciągle niezrozumiałym dla mnie języku. Dźwięki ulicy. Motory, muzyka z baru, śmiech dzieci i pokrzykiwania sprzedawców. Nieznośne koguty zaczynające koncertowe pianie od 2:30 w nocy. Trzepot liści bananowca, pukającego cichutko w nasze okno. Przyjemny wiatr…Falujące, ręcznie szyte firanki odkrywające widok betonowego dachu. Drzewa w oddali, kolorowe jaszczurki, kołyszące się na wietrze pranie. Wygodny materac. Dużo większy niż ten w naszym busie. Luźno zwisająca błękitna moskitiera. Łazienka z prysznicem. Dwa krzesła. Od trzech tygodni to nasze królestwo. Pokój na dachu z widokiem na podwórko szczęśliwego domu. Wielka rodzina, w której żyłach nie zawsze płynie ta sama krew. Małżeństwo misjonarzy, Dela i Hammer, tworzy dom pełen miłości. Dom schronienia dla wielu. Dla niektórych na chwilę, dla innych na stałe. Dla samotnej matki z czwórką dzieci. Dla niepełnosprawnej Tabity, poruszającej się na wózku. Dla dwójki rodzeństwa i małego, szczerbatego chłopca. Dla małej Ruth. Dla dzieci sąsiadów lub zapracowanych matek. Dla bliźniaczek z Nigerii lub brata z Ghany. Dla wolontariuszki ze Stanów lub nas, podróżników z Polski. Lista jest dłuższa. Skąd te dzieci, skąd dorośli, skąd my? Bieda, HIV, problemy zdrowotne, rodzinne lub zwykła miłość do gospodarzy domu. Każdy przypadek to inna historia. My? Z Internetu. Jeden email z synem misjonarzy wystarcza, by zajrzeć w te regiony Togo. Może na chwilę, może na dłużej. Jadąc do Vogan nie spodziewamy się gwarnego podwórka, dużej ilości dzieciaków, dorosłych, opuszczenia naszego busa i zamieszkania na dachu przesiąkniętym odgłosami afrykańskiego miasteczka. Niczego się nie spodziewamy. Pierwszy wieczór z afrykańską gromadką wypełnia mnie spokojem i miłością do nowo poznanej rodziny. Ulegamy namową zamieszkania w pokoju. Coś mi mówi, że nie pożałujemy. Przekonuję się już po kilku godzinach, gdy dopada mnie malaria. Przychodzi nagle, nie puka, nie uprzedza. Nie jest mile widziana, ale nie daje się wyprosić. Pierwszy pada ofiarą żołądek, po chwili mrożące dreszcze i znany mi już ból całego ciała. Trzęsę się jak galareta. Michał donosi koc i grube skarpety. Ciało czuje mróz na dworze, rozum zaprzecza, wygrywa ciało i owijam się kocami. Nieprzespana noc. Nic nie szkodzi. Pokój z własną łazienką ratuje mi życie. Co za wyczucie chwili, myślę z wdzięcznością. Po dwudziestu godzinach wstaję, odzyskuję siły i apetyt. Choroba odchodzi jak za dotknięciem magicznej różdżki. To nie różdżka. To modlitwy. Te z Polski i te z Togo. Sama nie dowierzam. Spodziewam się ataku w nocy. Nic z tych rzeczy. Nie ma ataków, nie ma malarii, nie ma komarów. Od tamtej pory żaden krwiopijca nie zbliża się nawet na wyciągnięcie mojej ręki. Niech tak zostanie. Wszystko zaczyna się o świcie. Rusza machina. Ruszają odgłosy. Rusza życie. Każdy ma co robić. Ale bez przesady. Nie trzeba się stresować czy spieszyć. Po co. Jeden zamiata. Jeden myje podłogę w salonie. Ktoś wiesza pranie. Rozpala ogień. Inny gotuje. Ktoś je śniadanie. Inny myje naczynia. Dzieciaki się nie buntują, nikt nie marudzi. Nie brakuje śmiechu, czy dziecięcych wygłupów. Są wakacje, nie jadą na kolonie, obozy czy nad morze. Spędzają je na własnym podwórku pomagając w codziennych zajęciach. Od najmłodszych lat. To normalne w Afryce. Matka, babka, czy opiekunka nie nadskakuje, pracując w domostwie za dziesięciu. Mają czas na zabawy i gry, ale wiedzą co do nich należy. Wiedzą jak gotować, sprzątać, rozpalać ogień czy oskubać kurczaka. Nie zginą, dadzą sobie radę, a w tej części świata to wyjątkowo ważne. Najmniejsza Ruth jest bardzo nieufna. Boi się białych. Dwa tygodnie cierpliwości i przybiega z radością, wtulając pyzatą buźkę. Już się nie boi. Jesteśmy przyjaciółmi. Gdyby nie pomoc Deli i Hammera nikt nie wie co stałoby się z tą małą istotką. Jej matka umierała na Aids. Ruth niedożywiona, raczkowała samotnie przy domu. Matka zmarła, Ruth żyje i jest zdrowa. Jest szczęśliwa i bezpieczna. Niepełnosprawna Tabita z radością pierze nasze rzeczy. Wiem, wiem…może wydać się to dziwne, dla Europejczyków na pewno, tutaj to inna historia. Nie mogłam się wykręcić. Tabita robi pranie, a jej radość i postawa to lekcja pokory…kolejna. Oprócz naszego podwórka odwiedzamy inne. Te, gdzie mieszkają chorzy i starzy. To, gdzie mieszka młoda samotna matka z dwutygodniowym niemowlakiem. Inne, gdzie zrywamy świeże kokosy. Lub więzienne, gdzie przebywa osiemdziesięciu skazanych. Hammer, jako pastor ma wielkie serce do ludzi. Do zdrowych i chorych, do sierot i wdów, do więźniów i wolnych. Każde podwórko to inna historia. Nasze podwórko to jak film. Jednego dnia zjawia się pani krawcowa, innego fryzjerka lub manikiurzystka. Raz w garze gotuje się olej kokosowy, raz palmowy. Raz obieramy kukurydzę, raz tajemnicze zielone liście. Raz gonimy kurczaki, raz je patroszymy. Najważniejsi są jednak ludzie. To oni nadają charakter temu miejscu. To oni nadają inny kąt widzenia i sprawiają, że chwieją się utarte schematy i ograniczenia w naszej głowie. Różnorodność wychowania, kultur, obyczajów zmieniają patrzenie. Zmieniają nas, zmieniają ich… Jesteśmy wdzięczni za każdą chwilę. Za bycie częścią tej licznej rodziny. Za dzieciaki i ich opiekunów. Za śmiech i długie dyskusje. Za wspólne gotowanie. Za pokój na dachu. Za gościnę i otwarte serca. Jad długo tu będziemy? Nie wiem. Być może dłużej niż nam się wydaje.