poniedziałek, 18 stycznia 2016

Magic people voodoo people...


...
- Nie, nie możecie wjechać do kraju - słyszę w słuchawce telefonu.
- Jak to?
- Jeśli nie macie stałego pobytu w Beninie nie dostaniecie wizy . Trzeba było robić wizy przed    wyjazdem z Polski.
- Wyjechaliśmy prawie dwa lata temu, nie było to możliwe.
- To jedźcie  z powrotem do swojego kraju i wróćcie z wizami - oznajmia pracownik ambasady Nigerii w Beninie.
Łup ! Jak siekierą w głowę.
No i co teraz? Może statek? Wizja spotkania piratów i wyciągania samochodu z portu w Kamerunie mało zachęcająca…
            Potrzebujemy planu, potrzebujemy pomysłu, zaproszenia, jakiegoś papieru, kogoś wpływowego lub po prostu cudu by ominąć przepisy, procedury i niesprzyjające nigeryjskie prawo.
Uruchamiamy machinę poszukiwania kontaktu w Nigerii. Liczymy, że zaproszenie i nasz urok osobisty pomoże. Nie, nie pomógłby. Teraz to wiemy.
Po 24 godzinach od publicznego ogłoszenia „Czy ktoś kogoś zna”, na naszym mailu ląduje list. Nie byle jaki. Znacznie ważniejszy niż mogliśmy się spodziewać. Od dyplomaty, osoby wpływowej, której odmówić powinno być ciężko. List ląduje nie tylko u nas, ale u samego Ambasadora Nigerii w Beninie. Czyżby poszło aż tak gładko? Bóg jest wielki, wszystko jest możliwe.
Odwiedzamy ambasadę, wypełniamy papiery. Zostajemy poinformowani że wiza nam nie przysługuje no ale…..ten list zapraszający może zmienić bieg wydarzeń.
           
            Pomiędzy myślami krążącymi wokół nigeryjskiej sprawy musimy zorganizować wjazd do Kamerunu. Poznajemy przez Internet miłego ojca z kościoła katolickiego. Polaka, misjonarza, od wielu lat służącego w Kamerunie. Nie będzie problemu z zaproszeniem, oznajmia nam nowo poznany przyjaciel. Potrzebujemy zaproszeń niemal tak szybko jak szybko chcemy przejechać Nigerię. Przesyłamy wielebnemu nasze dane i zostawiamy w jego rękach zorganizowanie tak ważnych dla nas papierów. Jakich cudownych i pomocnych ludzi spotykamy na drodze, myślę sobie.
Pogrążeni sprawą Nigerii, która okazuje się być trudniejszą niż się  wydawało, zapominamy na chwilę o kameruńskim misjonarzu rodaku, w którego rękach, z ufnością pozostawiliśmy kwestię pożądanych przez nas zaproszeń. Umyka nam fakt, że już kilka dni czekamy na wieści. „Jak tam nasze sprawy?”, piszemy do ojca nieświadomi nadchodzącej niespodzianki. Odpowiedź jest krótka, zaskakująca i pozostawia nas na kilka chwil w stanie hibernacji.  „Nie pomogę, nie przyjeżdżajcie, nie chcę was u siebie widzieć”, tak mniej więcej odczytujemy wiadomość.  Zostajemy usunięci i zablokowani z grona znajomych na dobrze wszystkim znanym portalu społecznościowym. Na prośbę o wyjaśnienia lub powody nagłej, nie mniej jednak szanowanej przez nas zmiany decyzji otrzymujemy głuchą ciszę. Pozostawia to w nas  poczucie  istnienia kameruńskiej, tajemniczej, niewyjaśnionej zagadki katolickiego ojca misjonarza .
            Czasu pozostało niewiele. Za tydzień musimy opuścić Benin. Ciągły brak wiz i zaproszeń na dalszą drogę naszej tęczowej afrykańskiej przygody powoduje lekki ścisk w żołądku i stan napiętego oczekiwania.

            Nad oceanem, w miejscu zazwyczaj pustym, spokojnym i cichym słychać bębny, dzwonki, grzechotki, śpiewy. Jest gwarno i tłoczno. Jak nigdy sznur samochodów. Setki gapiów. Stoiska z jedzeniem, napojami. Wśród  tłumu widać balansujące ciała.  Wyginają się w rytm rozbrzmiewającej muzyki. Z każdej strony słyszę inne dźwięki. Nie gryzą się ze sobą. Nie przeszkadzają. Całość tworzy zgraną harmonię. Odmienne stroje charakteryzują poszczególne grupy. Pląsając w tańcu prezentują się przechodząc kolejno przez środek "wuduńskiego placu". Powiewają flagi, transparenty. Widnieją na nich nazwy fetyszowych guru. Widać rogi zwierząt, symbole czaszek, laleczek. Jedna grupa tańczy  wokół swojego bożka. Mały posążek odziany w biało czerwone barwy, kolory voodoo. Kolejna grupa to żółte twarze. Niczym w transie , nieznanym mi, żółtym specyfikiem namaszczają swoje ciała. Oczy każdego z nich są nieobecne. Pół nagie kobiety nie przestają śpiewać przy dźwiękach wygrywanych przez siebie  melodii. Ludzie otaczają ich szacunkiem, witają się, szepcą coś do ucha.
            Na plaży szaleją ogromne, kolorowe, słomkowe zangbeto. Wielkie fetysze, obecne  prawie w każdej wiosce.  Przyozdobione frędzlami, piórami, niekiedy czaszkami czy rogami suną po piasku niczym po wodzie. Gładkie ruchy puchatych ślepych straszydeł raz zwalniają raz przyspieszają. Niczym wirujące trąby powietrzne otoczone kłębami kurzu wpadają niekiedy  w rozkrzyczany, wystraszony i uciekający tłum. Jestem w tym tłumie, a na widok zbliżającego się futrzaka nie mogę opanować krzyku. Aparat pod pachę, skok w bok i uciekam z drogi wirującemu brzydactwu.
            Ogromny upał. Słońce bezlitośnie pali ramiona. Gdyby nie super gwiazdkowy prezent w postaci niebieskiego  plamiasto-kwiatowego nakrycia głowy, mój mózg wyciekłby już pewnie dawno, z pomiędzy lepkich od oceanicznej bryzy dredów.
            Idzie król Grand Popo. Obwieszony fetyszami niczym choinka w Boże Narodzenie. Na ramionach spiczaste biało czerwone skrzydła z piór. Z każdej strony poddani.
            Z daleka widzę piękne kobiety. Całe w bieli z kolorowymi naszyjnikami, bransoletami i ozdobami wokół kostek.  W wielkim skupieniu przechodzą w tańcu przez główny plac. Są delikatne, zmysłowe i w pełni oddane chwili.
            Nie, nie ma składania ofiar i podrzynania gardła zwierzakowi. Takie rzeczy dzieją się poza widokiem publiczności. W specjalnych miejscach, w szczególnym gronie. Dzisiejsze wydarzenie to festiwal, narodowe  święto. Dzień tańca ku czci swoich bóstw. To naznaczenie kultu voodoo jako nieodłącznej części kultruy Republiki Beninu.


            Ambasada Nigerii jest wyjątkowo nieprzychylna. Wyciągnięcie od jej pracowników sensownych informacji przez telefon okazuje się niemożliwe. Pan z recepcji mnie nienawidzi.  Niektórzy pracownicy raz krzyczą, raz rzucają słuchawką lub po prostu rozłączają się na dźwięk mojego spokojnego głosu.
Do akcji pomocy Rainbowtruckowi dołącza Polska Ambasada w Nigerii, wspiera nas Konsul z Beninu i nasz główny anioł stróż z zaproszenia. Cała walka z pozwoleniem wjazdu do kraju toczy się już poza naszymi plecami. Ruszyła machina pism i listów dyplomatycznych.
My możemy czekać lub jechać do wielkiego zatłoczonego miasta i osobiście siedzieć w ambasadzie licząc że coś się wyjaśni.
            Po tygodniu telefonów, listów i starań ze strony naszych sprzymierzeńców, jedziemy do oddalonej od nas  trzy godziny drogi ambasady. Jeśli nie chcą rozmawiać przez telefon, to może wyjaśnią co nieco twarzą w twarz. „Czekam na odpowiedź od waszego konsula z Abudży”, słyszę od znerwicowanego pana. Pokazuje mi wydrukowaną korespondencję. Patrzę na datę. „To było dwa dni temu”, oznajmiam. „Tak, ciągle nie odpisał na nasz list”, słyszę. To niemożliwe.  Dzwonimy do Abudży. „Wasz list nigdy tam nie dotarł”, wyjaśniam. „Proszę wysłać go po raz kolejny”, nalegam. „Pani od  wysyłania listów jest teraz nieobecna”, mówi rozdrażniony pracownik. Po chwili zmienia swe oblicze , bierze starannie zapisany adres mailowy i godzi się wysłać list osobiście. Ma on być decydującym listem w ostatecznej rozgrywce akcji wiza. Po chwili otrzymujemy oficjalny list wspierający naszą sprawę. Pracownik nigeryjskiej ambasady każe czekać. List musi trafić do ambasadora. Ambasador zajęty i nie wiadomo ile to po trwa. Nie ważne, będziemy czekać. Mija godzina, dwie … Zaraz zamkną biura…Głowa opada ze zmęczenia, niewygodne krzesła uwierają z każdej strony. Czas mija. Zjawia się pan nerwicowy. Okazuje się że jest konsulem i to on wypisuje wizy. Idziemy do jego biura. Kolejny raz zmienia swe oblicze. Łagodnieje mu twarz, schodzi napięcie, prześwituje mały uśmiech. Pan co kilka godzin zmienia się jak kameleon, nigdy nie wiadomo w jakim stanie jest w chwili obecnej.  "Jesteście turystami ?". Tak.  „Proszę wypisać wszystkie odwiedzone przez was kraje”, oznajmia. „Z datami”, dodaje.  Zachowuję  powagę, ale mam ochotę krzyczeć z radości. UDAŁO  SIĘ !!!!
Ku naszemu zaskoczeniu pan nerwicowy z łagodną już twarzą ściska nasze dłonie i przepraszając za swój  kraj, utrudnienia i nieprzyjemności wręcza nam paszporty z wypisaną w środku wizą.

            Równolegle z akcją nigeryjska wiza trwa akcja kameruńskie zaproszenie. Wypisuję listy do organizacji, misji, do pani konsul. Z kolejnego polskiego katolickiego źródła dowiaduję się że nie mogą pomóc i co więcej sądzą, że odmowę napotkamy w każdym katolickim zgromadzeniu. Nie tylko katolickim jak się okazuje. Polska Pani Konsul również wydaje się być uwikłana w Kameruńską zmowę przeciwko pokojowemu Rainbowtruckowi. „Co się dzieje?”, myślę sobie. Kamerun nas nie chce? Po kilku dniach mam dość. Zdobywam się na wysiłek napisania ostatniego już maila. Bez wiary że się uda. Wybieram placówkę na chybił trafił. Wyślij. Dziękuję. Zamykam komputer, więcej nie piszę. Po chwili odpowiedź: „Z przyjemnością was zaprosimy i będziemy szczęśliwi móc was poznać”, pisze respondent. Szok ! Nie wierzę. W końcu. Misja  zagraniczna. Wysyłam nasze dane a dnia następnego zaproszenia lądują na naszym mailu. Przypieczętowane przez policję i wszelkie inne wymagane placówki. Tak po prostu. Bez zbędnego gadania. Maila z  kameruńskim zaproszeniem otrzymujemy w dniu wydania nam nigeryjskiej wizy. Podwójna dawka dobrych wieści.
            Jest piątek wieczór. Zaczyna się  Szabat. Pełni wdzięczności po dniu pełnym emocji wracamy do domu. Tak…do domu. Przez ostatnie benińskie miesiące Basi dom, stał się naszym… tymczasowym, ale domem.
           W odpowiedzi na słowa podziękowania osobie która tak bardzo nam pomogła słyszymy: „Podziękujcie Bogu”. I niech tak zostanie.

Żegnaj Beninie. Ahoj przygodo.


Pozdrawiamy Was serdecznie i do usłyszenia wkrótce.