środa, 22 października 2014

Agadir i okolice



Nie lubimy dużych miast, więc  oczekując na przyjazd rodziców, których wakacje zbiegły się z naszą podróżą, postanowiliśmy odkryć piękne zakątki z dala od tłocznego Agadiru.
Każdy ma swoje preferencje, my bardziej niż duże miasta które „trzeba” zobaczyć, wolimy ciszę i spokój, a napotkani mieszkańcy wiosek i zaproszenie na obiad do starej glinianej chaty w górach jest dla nas większą radochą niż zabytki i pałace wielkich miast cesarskich.
Wioska Isk niedaleko Imouzzer. To tutaj zaszyliśmy się na kilka dni gdzie już pierwszej nocy zawitał do nas Mohamed. Rówieśnik Michała który pomimo braku szkolnej edukacji całkiem nieźle posługiwał się językiem angielskim. To przy nim dotarło w końcu do nas że dla Marokończyków czas płynie zupełnie inaczej. Mieliśmy wcześniej wizyty tubylców ale z Mohamedem było inaczej. Raz zjawił się około 8 rano, wypił kawę, zjadł z nami śniadanie po czym bez krępacji przysypiał na składanym krzesełku podczas gdy my zajmowaliśmy się swoimi „sprawami”. Czy możemy mieć  jakieś „sprawy”? Okazuje się że możemy. Bardzo przyziemne i prozaiczne jednakże bez sprzętów typu  pralka czy maszyna do szycia, te błahostki zajmują nieco więcej czasu niż wciśnięcie przycisku start, przeszycie rozprutego pokrowca overlockiem lub kupienie nowego w pobliskiej galerii .
Około południa Mohamed wstaje, jakby minęła godzina a nie cztery. Oznajmia że jego bus udający się do miasteczka właśnie jedzie, wypatrzył go najwidoczniej z góry. Czekał, jakby kilka godzin zupełnie nie robiło mu różnicy, na autobus który najprawdopodobniej również miał ogromną rozpiętość w rozkładzie jazdy, zależną od ilości pasażerów. Taksówki na przykład nie jeżdżą z ilością pasażerów przewidzianych dla osobówek tylko z dwa razy większą, co zawsze napawa mnie zdumieniem jak bardzo ludzie potrafią być plastyczni.
Następnego dnia zjawiła się kobieta z torbą migdałów, Fadma siostra Mohameda. Poinstruowała jak obierać przyniesione dary, zarzuciła torbę na plecy i poszła sprzedawać je na pobliski bazarek. To ona zaprosiła nas do siebie na obiad, który w moim mniemaniu był prawdziwa ucztą. Jako że  zjedliśmy ostatnie zapasy, tym bardziej zaproszenie przyjęliśmy z rozkoszą. Był to czas święta Id al-adha, w którym na pamiątkę poświęcenia przez Abrahama swojego syna Ismaela, muzułmanie zabijają owce lub kozę przez podcięcie jej gardła. Dzień poprzedzający świętowanie wypełniony był „płaczem” zwierząt, które czuły że jadą na rzeź. Nie słychać było stadek radosnych jak zawsze meczeń i beczeń brykających stworzeń ale dziwny, nie spotykany do tej pory pisk.
Domostwo Fadmy to stary kamienno- gliniany dom o bardzo grubych murach otoczony drzewami migdałowymi, rosnącymi na kamienistej suchej ziemi. Niska chata, Michał musi pochylać głowę by nie  uderzyć o belkę. Jest dużo chłodniej niż na zewnątrz. Grube mury i maleńkie okienka nie pozwalają na przedostanie się gorącego żaru do środka. Bez butów siadamy na słomkowej macie pokrytej dodatkowym kocem i poduszkami. Nie ma tu mebli, wygląda jakby stan domu był surowy, ale nie jest, to zwykły dom który ma wszystko czego potrzeba, tak inny od europejskiego stylu który znamy. Mam wrażenie jakbym cofnęła się o wiele lat lub oglądała muzealną makietę.
Nie ma mebli, wykładzin, czy równych białych ścian. Jest mały niski drewniany stoliczek, miejsce do wypiekania chleba, kuchenka oraz duża dziura w podłodze gdzie stacjonują owce i kozy. Taki śmietnik gdzie utylizacja resztek odbywa się w ułamku sekundy. Są też dwa koty i wszędobylskie muchy.
Obiad rozpoczynamy od obmycia rąk, Fadma każdemu po kolei polewa wodą ręce używając specjalnych naczyń. Następnie Mohamed zaparza herbatę. Ten rytuał wymaga pozycji siedzącej obowiązkowo „po turecku”. Pierwsze zaparzenie jest wylewane z przyczyn smakowych , następnie napar podgrzewany, przelewany, gotowany, dosładzany, kosztowany przez wszystkich czy oby na pewno nie za mało słodki. Stół zapełnia się migdałami, orzechami, niezidentyfikowanymi „nasionami”, olejami, ciastkami, miodem (w plastrach jakby wyjęty prosto z ula) i chlebem. Nie ma sztućców, czyste ręce służą za widelec a palec lub chleb za łyżkę. Po tych „przekąskach” na stoliku ląduje Tajin. Typowe marokańskie jadło. W glinianym stożkowatym naczyniu, położonym na węgielkach przygotowuje się mięso z oliwkami, rodzynkami i niewielką ilością warzyw. Wyjadamy jadło z jednej misy używając chleba w celu poławiania pożywienia. Dzięki Bogu że były jakieś warzywa więc nie musiałam zjadać mięsa. Oliwki przeszły zapachem owcy co po kilku latach mięsnej abstynencji nie należało do przyjemności ale nie mogłam odmówić gospodyni wspólnego jedzenia. Nie nalegała bym jadła zwierza co bardzo mnie ucieszyło. Po daniu głównym nadchodzi deser, owoce. Wszystkiego jest tak dużo że nie byliśmy w stanie przejeść. Są kozy w dziurze więc nic się nie marnuje.  Jedzenie to głośna sprawa, należy mlaskać, bekać i wydawać różne odgłosy towarzyszące gastralnej rozkoszy. Najedzeni udajemy się do pokoju spoczynku. Są tam tylko maty, koce i poduszki, rozkładamy się jak koty by bezstresowo poddać się procesowi trawienia. Przy pożegnaniu Fadma oprowadza nas jeszcze  pokazując zewnętrzne i wewnętrzne zakamarki domu. Wszystko jest proste. W łazience jest tylko prysznic, w postaci konewki do polewania i piec na drewno do podgrzania wody, wszystko oczywiście na glinianej podłodze z glinianymi ścianami tak jak reszta domu. Na zewnątrz studnia i migdałowy sad. Jest dumna ze swojej posiadłości. Na pożegnanie wręcza nam ogromną torbę migdałów i z radością wypisaną na twarzy macha nam gdy odjeżdżamy. Czy powinniśmy byli się odwdzięczyć? Nie wiem, przyjęliśmy to jako miły gest gościnności.      
                Dojechali! Radości co nie miara, mamuśka szczęściu nie dowierza. Nie mamy wyboru, zostajemy w hotelu by najbliższy tydzień spędzić rodzinnie, wakacyjnie i turystycznie. Tak bardzo inaczej od tego jak żyjemy, kogo spotykamy, co jemy i gdzie sypiamy.
Pierwszego dnia czuliśmy się trochę  nie swojo. Nagle znaleźliśmy się w hotelu, gdzie każdego dnia masz wysprzątany pokój, świeży biały ręcznik a jeden posiłek to równowartość tygodniowego wyżywienia dla naszej dwójki. Jako że przyjmujemy wszelkie błogosławieństwo a darowanemu koniowi w pysk nie zaglądamy szczególnie  gdy dotyczy to najbliższych to czemu nie. Leżeliśmy na super leżakach, obżeraliśmy się jak wieprzki i odmawialiśmy kupowania pamiątek spacerując po pięknym bulwarze nad czystą piaszczystą plażą.
   Skłamałabym gdybym powiedziała że tygodniowe upajanie się luksusem nie dało mi przyjemności. Przygoda przygodą, chaty niczym z epoki kamienia łupanego i dzikość natury ma swój czar ale ciepłą wanną wody, basenem i różnorodnością jedzenia nie pogardzę. W końcu dowiedziałam się  jak wyglądają wakacje w egzotycznym kraju w czterogwiazdkowym hotelu. Afryki to za bardzo nie przypomina, może poza pogodą i palmami przed hotelem, ale czemu nie. Luksus nie boli a czasem nawet życie umila.
By pokazać rodzicom „nasze baseny”  zabraliśmy ich nad rzekę, jedną z najczystszych jakie widzieliśmy, gdzie rosną daktyle, a rybki skubią ci pięty serwując darmowe spa. Byli zachwyceni oddając się w „ręce” łaskoczących „kosmetyczek”, chlapaniu w zimnej wodzie i wysiadywaniu na kamieniach.
Jesteśmy wdzięczni za ten tydzień, za długie pogawędki, dużo miłości i rodzinnej atmosfery. Wyjeżdżając z Polski nie spodziewaliśmy się zobaczyć z bliskimi tak szybko.  Mama odetchnęła z ulgą widząc że żyjemy i mamy się dobrze. Już obmyśla gdzie zabukować bilet za pół roku.
Pomimo wygody i opływaniu w luksusie z przyjemnością powróciliśmy do naszego małego rainbow trucku. Ruszamy dalej, prosto na Saharę.

Pozdrawiamy Was serdecznie. Niech moc będzie z Wami i do usłyszenia wkrótce.

 
bazarek w Ourir

Bananowy  świat


Okolice Isk
 
Migdały od Fadmy

Mohamed

Czyste tereny gdzie produkuje sie olej arganowy

a na drzewach arganowych....kozy.

nasze tarasy

sklepiki

niczym galerie handlowe





z rodzicami na trasie do Imouzzer

obgryzające rybki

gwiazdy holiwood

 Nad oceanem okolice Agadiru



Połowy na klifie

Znalazły się jednak czyste plaże

wtorek, 7 października 2014

Z pustynii na marokańskie wybrzeże



Wizytacje są częścią życia na małych wioskach lub w jej obrębach. Mieszkańcy są ciekawi kto zawitał w ich okolice. Zaglądają, witają, patrzą co to za ludzie wylądowali na ich terytorium. Brak komunikacji nie przeszkadza niektórym w wypiciu z nami herbaty, obowiązkowo przesadnie słodkiej i posiedzeniu nawet kilku godzin, co w europejskim standardzie przeciągnęłoby powszechnie znane granice „dobrego” wychowania. Tu najwidoczniej nie obowiązują niepisane reguły. Pewnie minie trochę czasu zanim poznamy obyczaje i wsiąkniemy w ”nieskrępowaną” kulturę Marokańczyków. Jako że nigdzie nam się nie spieszy, nie mamy planów i sztywnych ram czasowych, odnajdujemy się w tym, choć wymaga to małego rozciągania i łamania przyzwyczajeń oraz utartych schematów.
W moim sercu pozostaną w szczególności Maria i Aisha oraz ich brat Baku. Trójka miłych dzieciaków mieszkających niedaleko Touroug na terenach pokrytych skałami w okolicach kopalni kryształów. Mają kilka owiec, mieszkają w berberskim namiocie z mamą. Za pomocą rysunków i gestykulacji dowiedziałam się o rodzinnych koniugacjach typu dwóch innych ojców z czego jeden ich opuścił oraz matce która całą noc walczyła z napierającą wodą z obfitych opadów deszczu, co pomoże w uprawie roślin ale osłabiło ją na tyle by cały dzień spędzić w łóżku. Nigdy się  nie dowiem na ile była to prawda a na ile moje wyobrażenia wyciągnięte z rozmowy pozbawionej jakiegokolwiek wspólnego języka. Było to trudne. Widziałam ile potrzeb mają dziewczyny, szczególnie starsza Maria. Może to luksus bez którego można się obyć, ale przecież każda z nas chciałaby mieć krem do wysuszonej słońcem skóry, bieliznę czy skarpetki. Nie mogłam patrzeć na jej poranione dłonie gdzie skaleczenie, nigdy nie oczyszczone owinięte zostało folią służącą za opatrunek. Jedyne co mogłam zrobić to przemyć zafajdany palec i założyć plaster z bandażem, może przetrwa jeden dzień. Nie, nie podarowałam jej kremu ani bielizny, a uwagę czy zabiorę jej młodszą siostrę ze sobą, no bo nie mamy dzieci, więc czemu nie, puściłam mimo uszu. W środku łamało mi się serce i pewnie wielu pomyśli że temu jednemu przypadkowi mogłam pomóc. Może tak, ale bardziej załączyły się trybiki jak dać wędkę a nie rybę, której jutro nie będzie. Mogłabym rozdać wszystko co mam, ale to nie pomoże w ilości wszystkich napotkanych potrzeb. Może właśnie przez takie rozdawanie, sprowadza się każdego przybysza do roli bogatego Europejczyka. Może przez to w ogóle pojawiły się pewne potrzeby, które kiedyś potrzebami nie były? Nie wiem…  Może się mylę, ale na dzień dzisiejszy zostawiam to wierząc w słuszność decyzji.
Najbardziej natomiast rozbawiły mnie kobiety z okolic najwyższego szczytu Jibel Toubkal, które kończąc w rzece pranie zawitały do nas gromadką pięciu głośnych, rozbawionych, gadatliwych i niespodziewanych gości. Wparowały do środka busa, chichotały jedna przez drugą, płyn do mycia naczyń wprawił je w atak niepochamowanego śmiechu, obejrzały wnętrze, pozdrowiły, pomachały i poszły, jak małe tornado.
Ibrahim to pasterz niezliczonej trzody owiec i kozic, on w przeciwieństwie do swoich sąsiadek charakteryzował się spokojem i cichą osobowością. Staliśmy na jego drodze zaganiania owiec do domu, więc nie omieszkał zajrzeć do nowych przybyszy. Następnego dnia wylegiwaliśmy się razem na skałach podziwiając widoki i nasłuchując odgłosów trzody, które przy bliższym obserwowaniu są wyjątkowo zabawnymi zwierzątkami.
Największym zaskoczeniem była dla nas pustynia pokryta chmurami, a zamiast żaru woda lała się z nieba. Berberzy, proponujący przejażdżki po piaskach szybko przekonali się że żadni z nas turyści, pozwolili spać koło wielbłądów u samego progu piaszczystej ziemi, a Omar, najbardziej towarzyski i mówiący po angielsku wpadł na herbatkę i ciastko do naszego tarasu chroniącego przed deszczem. Pomimo ulewy kolory pustyni zapierają dech. Jeszcze będzie okazja doświadczyć jej w innych, mniej mokrych okolicznościach .
Opady deszczu nie przeszły niezauważone. Zalało ulice, zablokowało przejazdy. Utworzyły się rzeki i małe wodospady przecinające drogi. By móc ruszyć dalej trzeba było czekać minimum dobę aż wody opadną. Dało to nieco inną perspektywę podróżowania po Afryce, szczególnie w porze deszczowej, której mogliśmy doświadczyć w małym jej ułamku. Parkowanie na rozległych, płaskich terenach może napędzić niezłego strachu, w szczególności gdy natrafi się na nawałnicę deszczu i” huragan”, który sprawia że ziemia faluje, deszcz przysłania świat, nie ma nic dookoła oprócz nas i „rozwścieczonej” natury i masz wrażenie że cię  zdmuchnie. Jeśli się nie modlisz, to z pewnością byś zaczął.  
Ceny to kolejny temat. Na bazarku ich nie ma, jako że jesteśmy „inni” mogą skakać w zależności od nastroju sprzedającego. Zanim coś zapakujemy zawsze uzgadniamy kwotę. Mamy dużą przychylność i rzadko zdarzały się nadwyżki w cenach warzyw lub pieczywa. Była jedna, która sięgnęła granic mojej wytrzymałości. Rzeźnik z Asni, z 65 dirham za kilo mięsa skoczył do setki. Nie wytrzymałam, nakrzyczałam na rzeźnika. Dopiero w samochodzie stwierdziłam że w muzułmańskim kraju może się to źle skończyć, więc lepiej uważać i uzbroić się w cierpliwość, poznać wszystkie ceny i omijać oszustów. Żaden z obecnych mężczyzn się jednak nie odezwał, pewnie rzadko mają do czynienia z rozgniewaną „pańcią”.
Dojechaliśmy do Agadiru, nieco wcześniej niż planowaliśmy. Ocean czysty, woda zaskakująco ciepła, fale ogromne, a plaże….śmieciowe. Mowa oczywiście o tych nieturystycznych. Mogłyby być tak piękne, jednak Marokańczykom na tym nie zależy. Śmieci i ich wyrzucanie to najwidoczniej zbędna czynność i strata pieniędzy. Tutaj rzuca się pod siebie albo pali. My jak na razie nasze odpady dzielnie pakujemy i wyrzucamy w większych miastach, gdzie zawsze znajdziemy jakiś kubeł, nasz rekord to tydzień w jego poszukiwaniu.
Brak słońca, lepkość, mgła i ponura atmosfera oceanu zmusiła nas do zmiany miejsca ale o tym następnym razem. Do Agadiru powrócimy jeszcze na spotkanie z rodzicami. Nasza wyprawa zbiegła się z ich wakacjami, więc czekamy i przez tydzień zabawimy się w porządnych „rasowych” turystów.  Buźki nam się cieszą i czekamy z niecierpliwością. 

Pozdrawiamy Was ciepło i do usłyszenia wkrótce.

Za Errachidią rozpoczęła się kraina daktyli

 Mijane miasteczka w drodze na pustynię



Wjazd do Rissani





 Marzouga, miasteczko u stóp pustyni

Zimna i deszczowa pustynia

 Osiołki zamieniono na wielbłądy

Omar, wpadł na herbatkę i ciastko

 Całonocne opady zalały ulice

Utworzyły się rzeki, które zablokowały przejazdy

 Niektóre z nich pokaźnych rozmiarów

Maria i Aisza

Studnie






Zdechły osiołek. rano zjadły go wściekłe psy

Ośnieżone szczyty

Górskie wioski

Wędrówki pod Toubkalem, najwyższym szczytem

Spaliśmy w pięknym miejscu

Rzeźnik z Asni

W drodze na wybrzeże

 Czasami trzeba cierpliwie czekać