czwartek, 26 listopada 2015

W krainie hipopotamów



                Słyszę ich oddechy, głośne sapanie, odgłos powietrza i tryskającej wody. O świcie jest ich całe stado. Pozwalają oglądać swój poranny rytuał. W upale południowego słońca pozostają pojedyncze osobniki. Mimo tego ciągle je słyszę, pochowane w krzakach, w kojącym cieniu drzew. Siedzę na drewnianym, podwyższonym i co najważniejsze zadaszonym tarasie. Oprócz odgłosu wodnych olbrzymów, śpiewu ptaków i pokrzykiwań małp, które od czasu do czasu podchodzą bliżej by zobaczyć nowych sąsiadów, nie słychać nic. Nie ma nikogo. Obserwuję całe jezioro. Widzę kiedy wyłaniają się nozdrza i oczy olbrzymich hipopotamów. To one budzą mnie o świcie. Słysząc ich oddechy i pochrapywania nieśmiało wychodzę z samochodu. Rozglądam się czy w okolicy nie ma żarłocznej bestii, dla której mogłabym stać się śniadaniową przekąską. Na szczęście nic nie ma. Miejsce na camping wyznaczono teoretycznie jako bezpieczne. Nie ma żadnych ogrodzeń czy krat. Po prostu takie miejsce. Skradam się cichutko na drewnianą platformę i zapiera mi dech. Dziesiątki wielkich głów wyłania się i chowa przy wschodzie afrykańskiego słońca. Jezioro niczym lustro dokładnie zdradza położenie każdego wielkoluda. Słychać budzące się ptaki ale dominują oddechy pływających stworzeń. Stoję jak we śnie, nagle przytomnieję i biegnę budzić Michała. Nie może tego przegapić. Po chwili obserwacji wskakujemy do samochodu i ruszamy w poszukiwaniu większego zwierza. Oprócz dziesiątek różnorakich, sarno-podobnych zwierząt, natrafiamy na bawoła. Jest ogromny. Wolno przeżuwając śniadanie, niczym posąg spokojnie przygląda się nowym przybyszom.  Już drugi dzień polujemy na słonia. Bawi się z nami w chowanego. Po nieudanej próbie  i osiemdziesięciu kilometrach szutrowej drogi, powracamy do krainy hipopotamów. Do ich sapania i magicznego widoku o poranku.

                Park Pendjari, północ Beninu, to tutaj jedziemy przez ostatnie trzy tygodnie. Nasze ciche marzenie. Dotrzeć do dzikiego zwierza. Do ciszy, natury bez cywilizacji i odgłosów współczesnego świata. Zobaczyć namiastkę tego, co było tu przed dziesiątkami lat.

                By dotrzeć do celu mijamy Abomey. Siedzibę byłych królów, książąt i ich pałaców. Po raz pierwszy bawimy się w turystów i podążamy do zabytków oznaczonych przez UNESCO, których podobno nie możemy przegapić. Cóż… Czy warto było? Czy zapamiętam to miejsce? Ujmę to tak – to co zapamiętam to nieziemsko smaczne jedzenie w jednej z ulicznych garkuchni. Takiej zwyczajnej, niepozornej ale z zawartością garnków taką, która zdobywa moje podniebienie. Jemy piure z jamu, sos z orzeszków ziemnych i pieczony ser. Zapamiętam jedzenie i grę w oware z panami siedzącymi na środku drogi o zachodzie słońca. Zapamiętam sklep hydrauliczny przed którym spędzam poranek czekając na resztę pieniędzy i pękniętą rurę w naszym mobilnym domu. To zapamiętam. Taki był dla mnie Abomey.  

                Zbliża się późne popołudnie, czas znaleźć nocleg. „Nie jeździć po zmroku” to zasada, której niezmiennie trzymamy się od ponad roku. Mijamy mały kościółek a przed nim w długiej białej szacie uśmiechnięty, bosy ksiądz. Macha nam z daleka. Nie przegapiamy okazji. Zawracamy i słyszymy: „Nie ma problemu…żadnego…śpijcie na moim terenie”.  Na „świętej ziemi” pozostajemy dwie noce. Może faktycznie jest święta. Na jej terenie musimy chodzić boso. Ależ nie ma problemu. Możemy boso. Od świtu do nocy przybywają wierni na których ksiądz odprawia wszelkie  modły. Od błogosławieństw, po uzdrowienia, przez wypędzania złych duchów i nieczystych mocy, a w prowizorycznym budynku kościoła kawałek podłogi zajmuje zakuty w dyby, podobno „chory” człowiek.

                Prawie pół roku wcześniej poznajemy innego księdza…wirtualnie. Fakt że nie widział nas nigdy na oczy nie przeszkadza by pomóc podróżującym przybyszom. Pięć miesięcy wcześniej za pomocą znajomych naszych znajomych docieramy mailowo do księdza bez którego pomocy nigdy nie dostalibyśmy wiz do tego małego, sympatycznego kraju. Zaproszenia wysłane, wizy otrzymane, misja wypełniona, kontakt się urywa. Przejeżdżamy właśnie przez jego miasto.  Nadeszła okazja, by osobiście uścisnąć mu dłoń. Odnajdujemy księdza, który okazuje się przesympatycznym duchownym, o wielkim sercu i otwartości na odwiedzających go ludzi. Dostajemy pokój z prysznicem. Zasiadamy do parafialnego stołu. Poznajemy resztę księży, opowiadamy historie, słuchamy opowieści, spędzamy czas. Rankiem śniadanie, składające się z najlepszych bagietek, dżemu i kawy rozpuszczalnej, sprawia mi więcej radości niż mogłabym się spodziewać. Wielomiesięczna podróż powoduje że proste, zwyczajne i przeciętne dla rodaka rzeczy, tutaj stają się rarytasem, rzadkością, wykwintnością i smakowym powrotem do przeszłości.  

                Gdzieś między górami. Otoczeni kłębami kurzu wywołanymi przez suche wiatry harmattanu docieramy do rzeki. „Zatrzymajmy się na noc, pójdziemy na ryby”, decydujemy. Jeden dzień zamienia się w cztery. Poznajemy okoliczne wioski, bazarki, mieszkańców, jednego Amerykanina, a co najciekawsze- gliniane domki Tata Somba. Trzy kondygnacyjne chatki z błota, z wieżyczkami, jak domek królewny, z wnętrzem jak chatka krasnala. Zamieszkiwane do tej pory i prowadzone jakby czas zatrzymał się o kilka wieków. Chatek z gliny jest w Afryce wiele. Te jednak wyróżniają się architekturą, sposobem wykonania i kształtem. Na bazarku widujemy dziewczynki z tatuażami na twarzach, główkami ogolonymi w irokeza i niezliczoną ilością czarnych, grubych okręgów na ich małych, chudych szyjkach. Od lokalnego pana kowala kupujemy nowy instrument i przygrywamy z dziadkami na metalowych małych dzwoneczkach. Wpada mi w oko bransoletka, widzę ją u większości poznanych przez nas tubylców. Kosztuje dwa złote, ręcznie robiona przez mieszkańca wioski. Po czasie dowiaduję się że w wierzeniach tutejszej ludności oznacza ona posiadanie dobrych duchów chroniących właściciela noszonej biżuterii. 

                Zbiega się grupka przewodników chętnych do zaoferowania tutejszej atrakcji. Kraina wodospadów. Tylko z tego żyją niektórzy mieszkańcy wioski. Zarobiony grosz wydają na trunki i podchmieleni, przez większość dnia biegają za nowo przybyłymi, chętnymi podziwiać skarby natury. „Nie idziecie wszyscy”, oznajmiam stanowczo. Moja mina i ton głosu świadczą że nie żartuję. Idzie jeden. No i jeden pijaczek, którego pozbycie się graniczy z cudem. Kolejny oświadcza że popilnuje samochodu. „O losie….!”, myślę sobie. Niech będzie. Rozumiem ich, wszędzie bieda, próbują jak mogą. Nie mniej jednak obskakiwanie nas i wymuszanie turystycznych usług wywołuje we mnie lekkie spięcie. Przechodzi mi szybko, ale jednak. Taki regulamin, trzeba zapłacić raz i zabrać przewodnika, potem jesteśmy wolni. „Śpijcie sobie gdzie chcecie, chodźcie gdzie chcecie, pływajcie pod wodospadem, skaczcie do wody i chodźcie na ryby”, słyszymy. Taki układ mi odpowiada. W tym wodnym raju pozostajemy przez następnych kilka dni, może tydzień. Po części z przyjemności, po części z przymusu. Awaria układu wspomagania kierownicy zatrzymuje nas na dłużej niż planowaliśmy. Próba naprawy bez konieczności powrotu do cywilizacji kończy się przegraną. Michał wsiada na motor jednego z mieszkańców wioski i razem ruszają do najbliższego miasta. Jak dobrze, że awarie zdarzają się w pięknych miejscach. Zaopatrzona w książkę i strój kąpielowy spędzam dzień pływając pod wodospadem, czytając, słuchając szumu spadającej wody i obserwując nowe grupki turystów. Oni po chwili znikają, ja wciąż na tym samym kamieniu. Jest tu tak dobrze i chłodno, co w Afryce nie zdarza się często, że nawet głód nie jest w stanie wyciągnąć mnie z tego miejsca.  Wycieczka Michała zakończona sukcesem. Wraca z nową, po części starą, specjalnie skonstruowaną dla nas częścią. Nie obywa się bez małych trudności, jednakże Michał elektryk, mechanik i złota rączka w jednym radzi sobie z problemem i naprawia tęczowego busa. W międzyczasie zaprzyjaźniamy się z miejscowym artystą, któremu podrzucamy złowione przez nas ryby i z pracownikiem hotelu, w którym Michał naprawia ogromny agregat i doprowadza do porządku nie koniecznie dobrze wykonaną wcześniej elektrykę. Na niedzielnym bazarze zaopatrujemy się w żywność. Tam gdzie ruszamy nie będzie już nic, nie będzie nikogo, nie będzie bazarków. Bazarki to często jedyne miejsce by kupić coś więcej niż oferowane w maleńkich wiejskich sklepikach puszki z koncentratem lub woreczki z olejem. W niczym to nie przeszkadza. Trzeba się tylko nauczyć jak funkcjonować.

                No i jesteśmy. Po ponad trzech tygodniach docieramy do celu naszej benińskiej wyprawy. Docieramy na północ  gdzie nie ma już nic. Nic oprócz natury i dzikiego zwierza zamieszkującego setki kilometrów dziewiczej sawanny. Docieramy do miejsca gdzie tylko rzeka dzieli nas od Burkina Faso. Do miejsca gdzie nie słychać cywilizacji. Do miejsca gdzie patrzą na nas dziesiątki oczu w momentach kiedy nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy. Do  miejsca odgłosów dzikiej Afryki. Do miejsca harmonii natury.
                Zbliża się zachód słońca. Pisząc o tym wszystkim patrzę na jezioro i na dziesiątki wynurzających się z niego oczu. Właśnie przepłynął krokodyl… W krzakach wyłaniają się kawałki wielkiego cielska hipopotamów. Znowu powoli wypływają na środek jeziora, bliżej mojego wzroku. Ptaki też się rozgadały. Ale tylko na chwilę, gdy zapadnie zmrok, zapadnie cisza. Jutro kolejny dzień. Może jutro uda się zobaczyć największego mieszkańca Afryki. Jeśli nie…trudno…zapamiętam magiczny poranek z dziesiątkami hipopotamów, z tryskającą wodą z ich wielkich nozdrzy, z porykiwaniem i sapaniem tajemniczych, wielkich stworzeń. Zapamiętam światło. Światło wstającego afrykańskiego słońca i budzącego się do życia dzikiego, afrykańskiego kawałka świata.
 
                Kolejny dzień… ląduję o świcie na dachu tęczowego busa. Widok z góry zwiększy szansę ujrzenia dzikiego zwierza. Wolnym tempem przemierzamy sawannę. Przebiega stado wielkich rogaczy. Widzę parę bawołów. Trzęsę się z zimna. Nie wierzę że za godzinę będę marzyć o porannym chłodzie. Temperatura w nocy spada o dwadzieścia stopni. Wypatruję. Nagle widzę coś z oddali. Walę w dach. Na umówiony znak samochód staje. Michał wychyla głowę i co? Są !!!!! Daleko, ale są !!! Delikatnie wachlują uszami. Spokojnie idą przed siebie. Co za radość. Co za szczęście. Udało się. W końcu je widzę. Olbrzymy. „Gdyby były choć troszkę bliżej”, myślę sobie. Nie ważne. Widzę je. To się liczy. Jedziemy dalej, a tu kolejna rodzina. Spokojnie podąża w tym samym kierunku co poprzednia. „Patrz…”, słyszę. Przed nami wyłania się widok którego się nie spodziewam. Stado słoni przechodzi przez drogę po której jedziemy. „Nie jedź dalej”, ostrzegam. Zapiera mi dech. Są też małe. Wiem jedno, jeśli są małe mogą być problemy. Obrońca stada zauważa potencjalnego wroga. Patrzy na nas i nerwowo porusza trąbą. Są wysokie trawy ale chyba się nie mylę. Nagle uszy wachlują w rytmie szybszym niż powinny. „Zaczyna się”, myślę. Czy ja dobrze widzę? Biegnie na nas. Podnosi ryk. „O w mordę”. To chyba nie są powitalne gesty radości. Widzę kurz spod jego kilkutonowego cielska. „Uciekamy !!!!!”, walę nerwowo w dach. Michał wsteczny. Ja czuję jak ciało automatycznie kładzie się na dachu jakbym chciała stać się jednością z kawałkiem wciąż mokrej od rosy blachy. On biegnie i ryczy, my na wstecznym. Serce mi wyskakuje i czuję jakby biegło przed nami. Słoń staje. My też. Stado powoli idzie dalej. Obrońca patrzy na nas. Atak numer dwa. „Jedź !!!”, krzyczę. Po trzeciej pogoni oddalamy się na tyle daleko by stracić stado z oczu. „Słonik”, myślę sobie. Słonik. Na razie mi starczy. Oko w oko na jego terenie. Już wystarczy. Widziałam, usłyszałam i poczułam. Żyjcie sobie spokojnie. Obym więcej nie trafiła na was na drodze. Piękne, dzikie, wolne, wielkie, zatrważające. To było coś…

Pozdrawiamy was serdecznie, ponownie wśród ludzi.          


W DRODZE NA PÓŁNOC KRAJU
        

DOMKI Z BŁOTA


Na dachu

Fetysz


Skaryfikacje wskazujące na przynależność do danej grupy etniczne





Kij z nacięciami, służy jako drabina na dach

Spichlerze


W KRAINIE WODOSPADÓW










DOTARLIŚMY DO CELU
W KRAINIE DZIKICH ZWIERZĄT