sobota, 18 kwietnia 2015

Region Volty



                Czy to nadmiar emocji w ostatnich miesiącach? Zmęczenie organizmu?  A może obcy mi do tej pory szok kulturowy. Podobno dopada wielu śmiałków przebywających wystarczająco długo poza znanymi sobie granicami własnego kraju. Nie mam ochoty na ludzkie towarzystwo. Krótka rozmowa wyciska ze mnie ostatnie soki życia. Budzę się zmęczona i czekam do wieczora by ponownie zasnąć. Na moment znika radość przygnieciona wyczerpaniem, hałasem miasta i ludźmi. Różnice kulturowe stają się coraz większe i kłujące w oczy mocniej niż do tej pory. Czy ja tęsknię za Polską? Jej smakiem, językiem, przyjaciółmi i chłodem? Na pewno…Ale serce chce więcej…zobaczyć więcej… poznać nieznane… posmakować Afryki.
Moim najbliższym kompanem staje się pies, wielki i głupi ale wierny do łez. Leży cierpliwie przy hamaku pod drzewem mango. Od czasu do czasu prosi by móc wskoczyć do środka. Nie! Jesteś wielki i ślinisz. Mówię do niego myśląc że mnie zrozumie. Jedyne co mogę z siebie wykrzesać to spacer z gałganem tuż przed zachodem słońca. Tak go nazwałam. Będę za nim tęsknić, to na pewno.   
                Czas się pożegnać z miejscem które było naszym domem przez ostatnie miesiące. Kierunek Volta. Region zieleni, wodospadów, śpiewu ptaków i kolorowych motyli. Potrzebuję wyciszenia, potrzebuję natury i przygotowania mentalnego do dalszej podróży. Mam rację. Już następnego dnia wraca energia..
                Pierwszy nocleg z widokiem na rzekę, pola i łąki. Dzieciaki podchodzą niepewnie. Towarzyszy im pani pracująca niedaleko w polu. Michał wyskakuje by przywitać się z tubylcami i zapytać o możliwość noclegu. Ich angielski zawężony do kilku słów. Jedno znają dobrze: „money ‘’ (tłum. pieniądze). Jakbym dostała w twarz. Nawet nie wychodzę z samochodu, po co? Dzięki Bogu, Pani opamiętała się szybko przynosząc wielką papaję na przywitanie. Może wyczytała moje myśli i smutek związany z tym niesprawiedliwym podziałem i stereotypem w ludzkich głowach. Biali, naznaczeni dolarami. Nigdy wcześniej nie zdawałam sobie sprawy z mojej „białości”. Nie przywiązywałam do tego wagi. Teraz też nie chcę. Ale nie mam wyjścia. Zmusza mnie do tego kontynent moich marzeń. Nawet gdy zapomnę że jestem „inna”, mieszkańcy nie omieszkają mi o tym przypomnieć. Stereotyp białego bogacza jest w wielu tak silny że nie jestem pewna czy kiedykolwiek się to zmieni. Ich podział związany z kolorem skóry wywołuje nieufność. Każdy kontakt rodzi we mnie pytanie i wątpliwość czy ten uśmiech jest szczery czy to tylko wyimaginowane dolary zachęcają rozmówcę do uprzejmości. Oprócz białego śpiącego na złocie inne, równie ciekawe  wyobrażenia rodzą się w głowach mieszkańców czarnego lądu.  „W Europie macie dużo broni, prawda”? Usłyszałam ostatnio. „Skąd ten pomysł?” pytamy. „Telewizja i filmy” odpowiada rozmówca. „Telewizja kłamie mój drogi, a filmy to fikcja”, wyprowadzamy młodzieńca z błędu.” Afryka jest miejscem gdzie kilka razy dziennie widzimy policjanta z kałachem u boku, a patrole drogowe witają nas  z lufą na wysokości naszego nosa.. Nie ma tego w Europie kolego”, wyjaśniamy spokojnie. „Na prawdę….?” kiwa głową zdziwiony.
Staramy się mówić o Polsce. Policji, rolnikom, mieszkańcom miast i wsi. Mówimy o biednych i bogatych. O emerytach i młodych ludziach. O warunkach życia, przeciętności i realiach naszego kraju. O nas... Staramy się uporządkować ten ich obraz mlekiem, miodem i bogactwem Europy płynącej. Wierzą… ale czy zmienią nastawienie do następnego „białego” przemierzającego tereny ich ziemi? Nie wiem…
W momentach kryzysu pojawiają się perełki w postaci ludzi pełnych hojności, gościnności i równości pomimo koloru skóry. Pojawia się sprzedawczyni która nie chce mnie oszukać ale biegnie za mną by oddać resztę zapomnianych przeze mnie pieniędzy. Pojawia się pan który ofiarowuje butelkę mleka lub częstuje winem z palmy. To oni ratują sytuację i łagodzą ukłucia napotkanych różnic rasowych. Dzięki Bogu tych jest więcej. Ale wiadomo, niekiedy mała zadra paraliżuje całe ciało. Uczę się dystansu, obrócenia wielu sytuacji w żart. Tak jest łatwiej. Oni tak funkcjonują. Na wiele rzeczy reagują śmiechem. Na nerwy, zakłopotanie, wstyd, dezorientacje. Jest to najczęściej spotykana reakcja. Nieraz zastanawiam się z czego ten śmiech? Ta sytuacja nijak ma się do wyjątkowo zabawnych.  Ale tylko to potrafią… w większości.  Śmiech reakcją na wszystko. Nie mogę ich za to winić. Mogę spróbować zrozumieć.
                Miejscowość Amedzofe. Pniemy się wzwyż aż kończy się droga. Przed nami ogród modlitwy a w nim mały pan o wielkim sercu. Opiekun ogrodu. Kulejący dziadek, na którego ustach gości wieczna modlitwa i uwielbienie. On i Michał przypadają sobie do gustu. Dziadek opowiada historię ogrodu, pokazuje zdjęcia. Po trzech minutach moje skupienie wygasa. Wpatruję się tylko w pejzaż rozległych gór. Jest chłodno. Idealnie. Zostajemy na noc. Ogród modlitwy to nie tylko nazwa a dziadek nie jest jedyną osobą spędzającą tam 8 godzin dziennie. Koło północy zjawia się mężczyzna który swą modlitwą obudziłby pół wioski gdyby była nieco bliżej. O dziwo, po krótkiej chwili jego donośnego wołania do Boga zasypiam. Nie wiem ile stał obok, przestało mi to przeszkadzać. W środku nocy zjawia się grupka rozgadanych pań. Kończą swe kilku godzinne debaty tuż przed wschodem słońca. „Nareszcie”, pomyślałam. W tym momencie nadjeżdża samochód z muzyką tak głośną by przypadkiem nikt nie przegapił hitów płynących z jego głośników. Wstaje słońce. Wstajemy i my. Rano zjawia się pastor, prorok, jak go przedstawiono i elegancko ubrana pani. Siedzę  w ogrodzie. Jest tam wiele kamiennych ławek. Siadają obok. Zaczyna się modlitewna walka o uzdrowienie duszy niewiasty. Co za noc, co za dzień, co za ogród. Żegnamy dziadka. Jeszcze się zobaczymy. Wizyta będzie podobna tylko z większą ilością odwiedzających.
                Kolejne dni spędzamy w górach  z widokiem na wielkie kilkudziesięciometrowe drzewa. Dużo takich w Afryce. Zapierają dech swym ogromem. Zdobywamy jeden szczyt. Brak kondycji daje mi się we znaki. Upał wyciska ostatnie poty. Idziemy na skraju dwóch państw. Gdzieś w górach przebiega ich granica. Mijamy mieszkańców Togo. Dzieci i starcy każdego dnia przemierzają góry z jednego państwa do drugiego. Nie dyszą, nie sapią niosąc ciężary na głowie. Mijamy małą zagrodę, pytamy o mleko. Nie ma problemu. Ostatnim kulinarnym odkryciem stały się sery. Pojawiły się w miejscu przeprawy przez rzekę Voltę. Przypominają nasze oscypki. Można kupić świeże lub smażone. Po wielomiesięcznym serowym poście zajadamy się garściami. Mam wrażenie że nigdy nie jadłam smaczniejszych. W każdym państwie lub nowym regionie próbujemy małych ulicznych smakołyków. Zawsze trafię na hit sezonu który zachwyci moje podniebienie.
                Rankiem mamy gości. Tym razem dość szczególnych. To sam król. Każda wioska ma swojego. Przychodzi z kompanem niosąc baniak wina z palmy. Wypijamy po szklaneczce. Dostajemy butelkę na później wraz z zaproszeniem do jego pałacu. W naszych standardach pałacu to nie przypomina, ale na pewno wnętrze wyróżnia się od przeciętnej chałupy w wiosce. Ma dużo kolorowych foteli. Jest też mały kociak. Mam nadzieję że go nie zjedzą.  Zostawiamy wpis w księdze gości. Żegnamy ciepło króla..
                Nieopodal naszego busa jest wodospad. Sama droga do niego przypomina spacer z bajki. Czuję się jak bohaterka opowieści z dżungli. Zaczarowany ogród. Tu wiszą manga, tu pomarańcze. Obok rosną banany i wysokie krzaki kassawy. Egzotyczna roślinność przenosi nas w magiczną krainę marzeń. Przedzieramy się przez zielony świat aż naszym oczom ukazuje się wodospad. Wskakujemy pod orzeźwiający prysznic. Jest chłodno i rześko. Kilka godzin mija jak chwila.
                Jesteśmy gotowi. Ahoj przygodo. Żegnaj Ghano. Witaj Togo.
 





Miejscowe grzyby

Wielki wąż na kolację...nie naszą...pan ciągnął go po ziemi, ogon ciągle się ruszał...jadowity zwierz


Wino z palmy lane z wiadra i podawane w miseczkach, które leżą przed chatką jako znak rozpoznawczy








Odwiedziny króla (ten po prawej)
























Wszędzie wiszą mango





















Kakao




Kasawa
















Ogromne bambusy








Nasz piękny wodospad, tu spędziliśmy wielkanoc
Rusałek wodny






Towarzysz górskiej wycieczki





Pomiędzy Ghaną a Togo













Pozdrawiamy Was serdecznie