środa, 16 marca 2016

Kamerun

                „Tylko nie zjedz mojego kurczaka”, ostrzegam z udawaną powagą. „Nie… nie zjem go… będzie tu na was czekał”, odpowiada sprzedawczyni. Jest wiele kurczaków, przekonuję Michała, by kupił właśnie tego. Nie mogę oprzeć się urokowi młodej kobiety, która podczas oglądania bierze mnie za rękę i cichutko mówi: „Chodź… zobacz mojego kurczaka”. Miała tylko jednego, nazwałam go Karol. Po zapłacie zostawiamy go z przemiłą panią, by usiąść na drewnianej desce, napić się czerwonego napoju z tutejszych gotowanych liści, przypominającego swym smakiem sok z czarnej porzeczki, pogawędzić z paniami i poobserwować leniwe  życie miejscowego poniedziałkowego bazarku. Biorę Karola w torbę i razem przechadzamy się po mieście. Jest spokojny, nie dziobie  i nie wierzga. Na samą myśl, że wyląduje w wielkim garze  łzy napływają mi do oczu. „Tylko nie mów nikomu, że płaczę nad kogutem”, mówię do Michała. „Nie martw się, nie powiem”.

                W zadymionej, ciemnej kuchni Michał skubie kuraka, Job obiera cocoyam’y, Joan dokłada drewna pod wielki, parujący od gorącej wody gar. Na zewnątrz słychać odgłosy rozbawionych dzieci, jest ich pięcioro, czasem więcej. Sąsiadka ściąga pranie, z pokoju obok słychać płacz jej nowonarodzonego dziecka. W kolejnym zadymionym pomieszczeniu siedzi babcia, nie opuszcza tego miejsca, tutaj śpi, tu gotuje, to jej królestwo. Nasze nieprzyzwyczajone do dymu oczy radzą sobie nadzwyczaj dobrze. Podczas długich wieczorów, wspólnego gotowania i rozmów siedzimy przy palenisku niczym zaprawieni mieszkańcy kameruńskiej, pięknej ziemi. W otoczonej górami wiosce wyłączyli prąd. Nie widać nic. Na zewnątrz doskwiera przejmujący chłód, ale w małej kuchni przy świetle latarki i dogasającego ognia jest ciepło. Dochodzi dziesiąta, chodźmy spać, jutro jest nowy dzień.

                „Mike! Sylwia! Dzień dobry!”, słyszymy o świcie. To Job, udaje się na swoją farmę kawy, plantain’ów i cocoyam’ów. Czasu niewiele, pracy dużo. Lada dzień, po miesiącach suszy, kurzu i nieznośnego pyłu spadną pierwsze krople deszczu. Dzisiaj mu pomożemy. Michał kopie dołki, Job wybiera odpowiednie sadzonki, ja zajmuję się nawozem. Zanurzam dłonie w wymieszanej z łupinkami kawy wysuszonej kurzej kupie. Dwie pełne garście rzucam do dołka z małą sadzonką. Powinno wystarczyć. „Te cocoyam’y będą najlepsze w całej okolicy”, wzdychamy z zadowoleniem po dniu ciężkiej pracy.

                Razem z pastorem Tehem jedziemy do oddalonej o niecałą godzinę drogi wioski. To jego rodzinne strony. Odwiedzamy znajomych, odwiedzamy chorych. W małej glinianej chatce, z paleniskiem pośrodku i podwieszoną pod sufitem kukurydzą, stoi kilka łóżek. Siedzą na nich członkowie rodziny. Na jednym z nich leży brat Teha. Jest bardzo chudy i słaby. Choroba wycieńcza jego wątłe, wiotkie ciało. Co możemy zrobić? Możemy się modlić, zachęcić i wesprzeć. Możemy po prostu być. Czasami to dużo więcej, niż nam się wydaje. W dniu wyjazdu odwiedzimy go po raz kolejny w wielkim szpitalu, gdzie na korytarzach, trawnikach i murkach widać setki porozkładanych chorych i oczekujących na pomoc ludzi. Czy brat Teha z niego wyjdzie? Nie wiem… Nie lubię szpitali.

                Podążamy za Tehem i Jobem – dwójką pastorów, przyjaciół, pasjonatów Biblii i dobrego Boga. Dwójką ludzi kochających innych, chcących pomagać, zmieniać na lepsze swój kraj i swoje otoczenie. Docieramy do chatki, gdzie dostajemy talerz z tradycyjnym posiłkiem: fufu z mąki kukurydzianej i zielone liście njamanjama. To pogrzeb. Każdy gość dostanie skromny, tradycyjny poczęstunek. Dobiegają nas odgłosy bębnów, dzwoneczków i innych tradycyjnych instrumentów. To tancerze w ogromnych maskach symbolizujących choroby. Różne grupy kolejno wychodzą na środek zakurzonego podwórka, wyginają swe ciała i rytmicznie uderzają nogami o ziemię, z gęsto obwieszonymi dzwoneczkami wokół kostek. Jak zawsze wszystkie rytuały voodoo, oprócz swej egzotyki, inności i magii mają w sobie coś przerażającego. Maski wzbudzają niewytłumaczalny, dziwny rodzaj niepokoju, a ruchy tancerzy wywołują chęć trzymania się od nich w bezpiecznej dla mnie odległości.

                Niewielka górska miejscowość Belo. Cudowni ludzie, niesamowite miejsce, nadzwyczajny czas. Pastor Teh bez wahania wysłał nam list z zaproszeniem, co umożliwiło zdobycie kameruńskiej wizy. Pastor Job otworzył przed nami swój dom, co zaowocowało długimi rozmowami, wspólnym gotowaniem i byciem przez moment częścią ich pięknej rodziny. Dwa tygodnie, niezapomniane przyjaźnie, dużo mądrości, a przede wszystkim bycia z innymi i dla innych.  Smutek pożegnania, a jednocześnie ogrom pięknych wspomnień. Zachowamy je starannie, by na długo pozostały głęboko w naszych sercach.


                Godzina 13:00. Nadciągają goście. Jedni z podarunkami w postaci drewna na opał, drudzy z wielkimi beczkami oleju z palmy. Siedzimy na ławeczce z boku i obserwujemy początek ceremonii zaślubin. Ktoś podaje nam talerze. Po chwili znajdujemy się przy stole z ryżem, plantainami, zmieloną fasolą, liśćmi njamanjama, rybami, kawałeczkami kurczaczka, kukurydzianym fufu, arbuzami… Matka panny młodej sadza nas na miejscach tuż obok rodziny młodego pana. Czy kogoś tutaj znamy? Nie. Nie znamy. Nikomu to jednak nie przeszkadza. Wodzirej biega i zabawia gości. Kameruńskie oczepiny nie przypominają tych z polskich wesel.  Pod nosem zebranych ląduje taca, raz z fasolą, raz z prażoną kukurydzą lub kawałkami tutejszych ciasteczek. Każdy zanurza garść i zajada serwowane smakołyki.  W mojej małej dłoni ląduje wielki kawał kukurydzianego fufu. Nie, nie ma mowy bym to zjadła. Dowiaduję się, że to tylko zabawa. Jeśli nie zjem, niewielka kwota dla wodzireja wykupi mnie z obowiązku wchłonięcia przesadnie wielkiej porcji. Element opłakiwania „utraconej” córki to coś zupełnie nam nieznanego. Skosztowanie  tutejszego piwa z kukurydzy to dodatkowy element zaskoczenia. Czy swym smakiem podbiło me podniebienie? Nie… ale przypuszczam że dłuższa konsumpcja pozwoliłaby docenić tradycyjny egzotyczny smak prosto z serca czarnego, niezwykłego lądu. Wszystko kończy się tuż przed zachodem słońca. Zapada mrok… Nie, nie wracamy do siebie. Wraz z niewielką garstką weselnych gości zasiadamy w malutkim barze. Przy butelce zimnego piwa nasłuchujemy odgłosów kończącego się dnia. Gawędzimy z mieszkańcami i cieszymy się. Cieszymy się życiem, cieszymy się Afryką i ludźmi dookoła nas.

                Jedziemy piaskową, krętą drogą pod górę. Mnóstwo uciążliwego pyłu i wchodzącego w oczy kurzu. Po kilku kilometrach dojeżdżamy do rozległej posiadłości. Przekraczamy jej mury i na pierwszy rzut oka nie różni się od innych poznanych do tej pory domostw. W środku biegają dzieciaki, przechadzają się kobiety. Wszystko przypomina typową małą kameruńską wioskę. Przechodzimy przez kamienny korytarz i naszym oczom ukazuje się wypełniony zgromadzonymi ludźmi dziedziniec. Na honorowym miejscu, twarzą do zebranych siedzi król. To nie żart. Najprawdziwszy afrykański król na tronie. Król, który ma poddanych, król, który rozstrzyga zawiłe spory, któremu wierni przynoszą dary i przed którym ludzie biją pokłony. Zostajemy poprowadzeni przed jego oblicze. „Pamiętajcie  by nie podawać mu ręki”, instruuje nas przyjaciel. Każdy gest ma znaczenie. Skinięciem głowy oddajemy szacunek. Król ma miłe oblicze. Wymieniamy pozdrowienia i podążając za królewskim sługą, zasiadamy przy królowej matce. Siedząc twarzą do zebranego tłumu, obserwując podchodzących, zgiętych w ukłonie poddanych, czujemy się jak w starym kostiumowym filmie.  U niektórych kobiet widzę bransoletki. Mam takie same – z białych muszelek. W Beninie oznaczają wyznawców voodoo. Tutaj to przynależność do  jego królewskiej mości. Noszą je żony, których liczba sięga około trzydziestu. Czy coś by się stało gdybym dzisiaj założyła swoje? Nie wiem… Wolałam nie sprawdzać.

                „O nie… Poszły biegi”, słyszę. Samochód, siłą własnego rozpędu, toczy się spokojnie z górki. Dzięki Bogu nie jesteśmy w środku buszu. Jest szkoła, jest boisko. „Zjeżdżaj tutaj”, mówię bez zastanowienia. Pierwszy wgląd pod maskę: „muszę to rozebrać jutro”, mówi załamany Michał. „Wiedziałem że przyjdzie dzień wyciągania skrzyni biegów”. Idziemy do dyrektora szkoły z wiadomością, że nowi lokatorzy zamieszkają na jego boisku. Idziemy do szefa wioski. Idziemy do inspektora edukacji. Nocując w afrykańskich miasteczkach wizyty u ważnych osobistości są koniecznością. Na szczęście zjawia się anioł stróż, który w nadzwyczajny sposób dba, troszczy się i wspiera w kryzysowych dla nas chwilach. Tym razem to pan inspektor. Gości nas po królewsku. Nie dosyć że obiad, że wino, że kolacja, to jeszcze pomoc z mechanikami. Tak… Tym razem nie obywa się bez nich. Czy mają doświadczenie w naprawie skrzyni biegów? Niewielkie… Bez Michała i jego daru do majsterkowania akcja  trwałaby długo i prawdopodobnie bardzo zawile. Ich pomoc jest jednak niezbędna. Ciężar całej operacji wymaga siły i kilku rąk do pomocy. Czasu niewiele, gdyż ważność kameruńskich wiz dobiega końca. „Wszystko będzie dobrze”, wzdychamy. Oczywiście, że będzie. Wielka skrzynia z pękniętym uchwytem łapy sprzęgła leży na szkolnej trawie. Nie ma co dumać. Po szybkiej decyzji Michał pakuje ciężkie żelastwo do taksówki i jedzie do oddalonego o 30 km dużego miasta. Tam spawacz łata na miejscu usterkę, a pod wieczór dwóch mechaników leży pod samochodem, trzymając ciężką skrzynię i próbując nią trafić w odpowiednie miejsce. Michał majstruje pod maską i nie zawsze spokojnym i stonowanym głosem instruuje pomocników. „Tak rozmawiają mężczyźni w warsztacie”, słyszę wieczorem. Nie ma urazy. Praca musi być zrobiona. Nie ma przestrzeni na miłe słodzenie i zbędne słowa, gdy kilkadziesiąt kilo uciska ci klatę. Zaczyna padać. Nie maleńki deszczyk, tylko kameruńska tropikalna ulewa. Michał konstruuje prowizoryczne zadaszenie i pomimo ciężkich warunków robota idzie do przodu. Tuż przed zachodem słońca dokręcają ostatnie śruby. Michał odpala, rusza… Uff, udało się. Rano pojedziemy dalej. Nasz anioł stróż zabiera nas na pożegnalną kolację. Gdzieś w środku modlę się, by nie było to mięso. „Nie, na pewno nie będzie”, mówię sama do siebie. Wjeżdżają talerze, pokój wypełnia miły zapach świeżo przyrządzonej potrawy. Tuż pod moim nosem ląduje… co? Tak, tak… Nic innego jak szczur prosto z afrykańskiego buszu. Nie jakiś mały myszoskoczek. Duży, dorodny kawał szczurzego mięsa. „Kupiłem je dzisiaj specjalnie dla was”, oznajmia zadowolony przyjaciel. „Cudownie”, uśmiecham się sama do siebie. W życiu każdego człowieka dochodzi do momentu, kiedy musi wybrać – czy trzymać się twardo swoich zasad, czy na chwilę o nich zapomnieć i przyjąć wyraz miłości, przyjaźni i gościnności, nawet w postaci buszmeńskiego wielkiego szczura. Było pyszne, a wieczór niezapomniany. 

                Góra Kamerun, czterotysięczny czynny wulkan, jeden z najwyższych w tej części świata. Przykryty chmurami wśród tropikalnych lasów nie pozwala zobaczyć całej swej okazałości. Nietypowe czarne plaże  to pozostałości wulkanicznej lawy. Przy ponad osiemdziesięcioprocentowej wilgotności temperatura wydaje się  dużo wyższa, niż jest w rzeczywistości. Zaczyna padać. Pora deszczowa z każdym dniem nabiera rozpędu. Pot zalewa nasze ciała. Komary atakują. Z powodu tropikalnego dusznego klimatu pierwsza noc w tym podobno niezwykłym miejscu jest jedną z cięższych w ostatnich miesiącach. Mieliśmy zostać dłużej, ale nie…  Wyjeżdżamy!


                Za oknem wśród kwiatów fruwa maleńki koliberek. Dookoła rozbrzmiewają odgłosy przeróżnych tropikalnych  ptaków. Taras nowo poznanych, przecudownych ludzi to jeden z tych, o których wielu z nas może tylko pomarzyć. Słodka wisienka na zakończenie naszej niezwykłej kameruńskiej przygody. Przechadzam się po przestronnych pokojach przyozdobionych afrykańskimi dziełami sztuki. Wszystko smaczne, gustowne i piękne. Zajadam się pysznościami, których nie kosztowałam od wielu miesięcy. Zaraz wskoczę do basenu. Tak… to dobry pomysł. Potem napiszę o tym, jak piękne może być życie.


Pozdrawiamy Was serdecznie, kochani i do usłyszenia wkrótce.

korekta: Katarzyna Wolska















WESELE

















U KRÓLA































POZDROWIENIA Z CZARNEJ PLAŻY