środa, 17 sierpnia 2016

Mozambik

                „Dzisiaj już nigdzie nie pojedziecie”, słyszymy od policjanta. „Przejazd przez te tereny możliwy jest tylko w konwoju, z eskortą wojska”, dodaje. „Bądźcie tutaj jutro o 6 rano”.

Właściciel wynajmowanego przez nas pokoju pokazuje zdjęcia sprzed kilkunastu dni. Policjant nie przesadza, na tych terenach przelewano niedawno krew. Polityczne potyczki pozbawiły życia wielu niewinnych ludzi. Fotografie pokazują spalone ludzkie  zwłoki, wraki samochodów i ostrzelane domy. „Teraz trwają negocjacje, ataki ustały tydzień temu… Nie ma się czym martwić, nic wam nie grozi”, słyszymy.
Dzień wcześniej przekraczamy pierwszy etap zagrożonych terenów. „Konwój rusza w południe”, oznajmia pan wojskowy. Mamy jeszcze trzy godziny. „Poczekamy tutaj”, mówię. Około południa dostajemy nakaz wyjazdu. „A gdzie konwój?”, pytamy. „Zaraz ruszają, dogonią was po drodze, możecie jechać”. Konwój nigdy nas nie dogonił, mijaliśmy spalone i ostrzelane domy, mknęliśmy ile sił w kołach. Droga była pusta, nikt nią nie przejeżdżał. Czy miałam stracha? Tak, malutkiego.

                Kilkanaście ostatnich dni spędzamy na motorze. Podróżowanie naszym małym jednośladem zajmuje dwa razy więcej czasu niż samochodem. W dziesięć dni mamy pokonać ponad dwa i pół tysiąca kilometrów, nie ma więc czasu na dzień przerwy. Pod koniec dnia bolą nas tyłki. Dni mijają szybko, zmieniają się tylko przydrożne bary, napotkani ludzie, pokoje, łóżka, łazienki.  Mozambik jest wielki, a data zakończenia wizy bliska.

                Pemba, na północy kraju, stała się naszą przystanią przez dwa tygodnie lipca. Nawet za cenę gnania przez Mozambik, by zdążyć przed wygaśnięciem wizy, nie chcieliśmy opuścić ani jednego dnia z zaproszenia w „Village of Joy” (tłum. Wioska Radości). Setki dzieciaków, które mają tu swój dom. Setki studentów szkoły misyjnej, z kilkudziesięciu krajów świata. Setki Mozambijczyków uczęszczających do szkoły biblijnej. Setki dzieciaków z biednych rodzin, dokarmianych tutaj każdego dnia, oraz tysiące uczęszczające do tutejszej szkoły. Ponadto kilkudziesięciu misjonarzy z całego świata i my wraz z setką innych odwiedzających. Oto wioska radości, radości nie tylko z nazwy, ale z odczuwalnej tutaj atmosfery radości, pokoju i miłości. To jakby kawałek nieba na ziemi. Nie mówię o luksusach czy znanym nam bogactwie. Mówię o Bożej chwale, spoczywającej w tym miejscu. Czymś niewytłumaczalnym, nienamacalnym, a jednak odczuwanym gdzieś w środku, głęboko w sercu. Iris Global Ministry to organizacja, która z Heidi Baker na czele, misjonarką mieszkającą od wielu lat w Afryce, pomaga najbardziej potrzebującym, w różnych  zakątkach całego świata. Swoją postawą pokazują Bożą miłość. Zatrzymują się, by pomóc jednostkom. Głoszą Ewangelię w odległych wioskach mozambickiego buszu. Tym pominiętym, zapomnianym, gdzieś daleko poza cywilizacją niosą dobrą nowinę, miłość, pomoc, cuda i znaki. Głusi odzyskują słuch, ślepi odzyskują wzrok, choroby ustają… Czy to tylko biblijne opowieści, nieaktualne w nowoczesnym świecie nauki? Nie, to realia mozambickich wiosek, do których dociera Iris. W jednej z nich rozbijamy swój obóz. Jest nas spora gromadka. Następne dwie noce spędzimy w namiotach. Nie ma tu wody ani prądu, a za toaletę służy dziura wykopana w ziemi. Do tego akurat zdążyliśmy się już przyzwyczaić.  Dzielimy się na grupy i idziemy do różnych domów, by modlić się za chorych, nieść miłość, dobre słowo i wsparcie.

                 „Jest tutaj głuchy człowiek, nie słyszy od urodzenia”, mówi Michał. „Wspaniale, przyprowadź go”, odpowiada, jak zawsze pogodna i pełna miłości, Heidi. Dotyka jego języka, dotyka jego uszu. Jedyne, co słyszę to wypowiadane przez nią imię – Jezus. Tego jeszcze nie widziałam. Nie mija nawet minuta, a nasz nowy znajomy pokazuje, że słyszy. Michał  szepcze jego imię, ale on nie reaguje. „Nic dziwnego, on go jeszcze nigdy nie słyszał”, mówię. Heidi przykłada jego palce do swojej szyi i wypowiada proste słowa. Drgania krtani pomogą mu nauczyć się pierwszych w jego życiu dźwięków. Stefan, bo tak go nazwaliśmy – jego imię było zbyt trudne, a skoro i tak nigdy go nie słyszał, to pewnie  nie zrobi mu to wielkiej różnicy – powtarza proste słowa. Nie są jeszcze idealne, ale tak jak dziecko powoli uczy się mówić, tak samo Stefan potrzebuje czasu. Odprowadzamy go do jego chatki. Mijamy mieszkańców i uczymy Stefana tutejszego powitania. Na widok sąsiadek z jego ust pada „Salama”. Sąsiadki w pisk. Zbiera się tłum, żona Stefana w szoku. Mieszkańcy widzą, że Stefan reaguje na dźwięki. Potrzebują chwili, by zrozumieć co się stało. Nagle zaczynają tańczyć, podskakiwać, krzyczeć i śpiewać z radości. Dla takiej chwili warto było przyjechać tu na pace ciężarówki i spać w maleńkim namiocie z brakiem dostępu do wody. Dla takiej chwili warto było porzucić wygodę.  Dla takiej chwili warto było wyruszyć w drogę… choćby w najdalsze zakątki Afryki.

                „Może chcielibyście podzielić się waszą historią na moich poniedziałkowych zajęciach ze studentami?”, pyta Heidi. „Jasne, że tak”. „Jasne, jasne, ale mówić przed tłumem to nie jest najprostsze zadanie, przynajmniej dla mnie”, myślę sobie. Ku mojemu zaskoczeniu Heidi zaprasza nas na scenę już w niedzielę, podczas nabożeństwa z dużo większą niż przypuszczałam ilością zebranych ludzi. „Coś jest nie tak”, myślę… Nie ma żadnej tremy… Wybieram starannie cenne dla mnie historie, Heidi tłumaczy na portugalski, pastor na język lokalny, Michał kończy modlitwą. „Pobłogosławmy ich finansowo”, mówi Heidi. „Mozambik nie jest biedny, zróbmy to jako akt wiary, że Bóg zaopatruje.” Siadamy na podłodze, na moich kolanach leży chustka, a na niej pojawiają się coraz większe ilości pieniędzy. Czasami zamiast pieniędzy ktoś daje nam doładowanie do telefonu, czasami naszyjnik. Każdy daje co może, co ma. Jedna pani przytula nas mocno i modli się za nas. „Nie mam nic, co mogę wam teraz dać”, mówi. Łzy leją się z jej oczu, ja ryczę razem z nią. Jej serce jest tak dobre. Swoją postawą daje nam dużo więcej, niż są warte każde pieniądze. Ktoś podchodzi i dziękuje za zachęcenie. Ktoś inny błogosławi naszą dalsza drogę. Jest dużo wzruszenia i radości. Cała sytuacja jest wyjątkowa i piękna.

                Po południu grupa misjonarzy zaprasza nas do restauracji nad oceanem. Do jednej z tych, do których sami nigdy byśmy nie poszli. Tego samego dnia  Heidi zaprasza nas do siebie na kolację. Dużo pięknych ludzi, dużo roześmianych dzieciaków. Dzień jakich mało, dzień pełen wrażeń.

                Pemba na długo pozostanie w naszym sercu. Wyjeżdżamy z niej bogatsi nie tylko finansowo, ale przede wszystkim duchowo. Wyjeżdżamy, zachowując w pamięci nowo poznane twarze, długie wieczory niekończących się opowieści, góry śmiechu, wspólne posiłki, rozgrywki karciane nocą, wzruszenia i łzy pożegnania. Niektóre przyjaźnie przetrwają, o innych nie zapomnimy.


Pozdrawiamy Was, kochani i do usłyszenia.

(korekta: Katarzyna Wolska)

Psiak przybłęda












Stacja paliw




MAPUTO - STOLICA MOZAMBIKU - I PRZEDMIEŚCIA
















PEMBA - IRIS MINISTRY (zdjęcia wykonane przez różne osoby)

Podczas programu dokarmiania dzieciaków z okolicy


Razem z Heidi





Program dokarmiania

Podczas odwiedzin u wdów z okolicy





Kącik artystyczny

Razem z mamkami plotę naszyjniki


poniedziałek, 4 lipca 2016

Król lew

                – „Tym samochodem chcecie jechać do parku?”, pyta prześmiewczo policjant. – „Tak”, odpowiada śmiało taksówkarz. Żeby zobaczyć króla lwa, nie muszę siedzieć w wypasionym, pięknym samochodzie z biura turystycznego i mieć kapelusz z napisem Safari, prawda? No wiadomo, byłoby miło, jak na filmie, ale praktycznie rzecz biorąc, zwykła osobowa taksówka bez problemu wystarczy.

                Nasze ostatnie poszukiwanie dzikiego zwierza odbyło się w Beninie. Tam, mając jeszcze nasz mobilny dom, spędziliśmy dwie noce w towarzystwie wielkich hipopotamów i krokodyli. To tam, siedząc na dachu rainbowtrucka, goniły nas rozzłoszczone, ochraniające swoje rodziny słonie. To tam staliśmy oko w oko z wielkim bawołem i to tam przebiegło nam przed busem stado rozpędzonych, wielkich, rogatych zwierząt, których nazwy nigdy nie poznałam. Bezowocnie szukaliśmy również tego, który znaleźć tak łatwo się nie daje – lwa, potężnego króla dżungli.

                Tym razem marzy mi się słoń, ale nie taki, co pragnie nadziać mnie na kieł i zmiażdżyć swoją rozzłoszczoną trąbą. Teraz chciałabym spokojnego, co skubie trawę, kołysze trąbą, wachluje uszami i przechadza się beztrosko po niskiej trawie w towarzystwie szczęśliwej rodziny. Marzą mi się żyrafy, które swe długie szyje wyciągają po najlepsze kąski wysoko rosnących listków. I marzy mi się on – król lew, patrzący prosto w moje oczy. Po dwóch latach podróży przez łąki, pola, góry i lasy miło byłoby go w końcu zobaczyć. Ale nie gdzieś daleko w krzakach, gdzie dojrzę tylko jego ogon. Tak to nie. Najlepiej twarzą w twarz, z bliska, gdzie będziemy tylko my i on.

                Nie dojeżdżamy nawet do bramy parku, a po naszej prawej stronie wyleguje się w towarzystwie antylop wielki bawół. Droga, po której jedziemy to nie jakaś polna, ukryta w dżungli ścieżynka. To asfaltowa, tanzańska krajówka, gdzie mkną ciężarówki, osobówki, a po południu, na naszym małym czerwonym motorku, pomkniemy i my. Jest jeszcze szaro, dzień powoli budzi się do życia. W krzakach po lewej widzę jakiegoś kolosa, a nawet kilka. To słonie idą w głąb parku. Po prawej ktoś ciekawski wychyla głowę.  To Mama Africa, jak nazywa ją nasz kierowca – żyrafa w całej okazałości. W Parku Narodowym Mikumi nie ma żadnych ogrodzeń, jest tylko brama wjazdowa. Chwilę po jej przekroczeniu ustają odgłosy przejeżdżających drogą samochodów. Nie widać żadnych innych zwiedzających, jesteśmy tylko my i – jak się okazuje – wiele innych, ciekawych, zamieszkujących te tereny stworzeń. W oddali widzę przechadzające się żyrafy. W świetle wschodzącego słońca wpatrują się w nas z zaciekawieniem. Zastygają w bezruchu i patrzą. Podjeżdżamy bliżej, bardzo blisko, są tuż obok. Nie boją się. Tutaj jest ich dom, nikt nie zrobi im krzywdy. Jestem wzruszona, poważnie. W krzakach widzę zajadającego śniadanie słonia. Podjeżdżamy na odległość zaledwie kilku metrów. Po ostatnich benińskich doświadczeniach mam małego stracha. Jak się okazuje – zupełnie niepotrzebnie. Do objadającego się osobnika wychodzą z zarośli jego towarzysze. Za nimi biegnie maluszek, jest naprawdę mały. Nie są agresywne, nie gonią, nie ryczą, nie machają nerwowo trąbą. W ogóle nie zwracają na nas uwagi. Są takie piękne. W oddali widzę całe ich stada.  Żyrafy są dosłownie wszędzie, a ich długie szyje nie pozwalają im się ukryć nawet w wysokich, otaczających ich akacjach. Są też gnu, to te szalone zwierzęta, co w porze suchej gnają przez sawanny na złamanie karku. O tej porze roku mogą odetchnąć i spokojnie wylegiwać się na rozległych dookoła zielonych łąkach. Jest też mnóstwo impal – lwich przysmaków. Wśród traw grupa pawianów, z potomstwem na plecach, wygrzebuje jakieś przekąski. Docieramy również do stada hipopotamów. Znajome już dla nas odgłosy rozbrzmiewają groźnie z daleka. Jest też krokodyl i ciekawskie małpki biegające dookoła stawu.

                „Seeing the king is like a game… you can lose or you can win” (tłum.: „zobaczyć króla to jak gra… możesz przegrać lub możesz wygrać”), mówi nasz kierowca. Chwilę po tym słyszę: „Patrz!” Leży leniwie tuż przy drodze. Słyszę z daleka, że ma czkawkę. Zupełnie jak nasz Rysiek w domu. Podjeżdżamy obok. Niewzruszony czka dalej. Obok niego leży młodszy towarzysz. Otwiera tylko leniwie oko, by zlekceważyć nas krótkim spojrzeniem i udać się ponownie w poranną drzemkę.   Wychylam się przez okno i siadam na drzwiach. Z wrażenia trzęsą mi się ręce. Czkawka ustaje, a król patrzy na mnie. Oko w oko… twarzą w twarz.

                Po kilku godzinach mkniemy naszym czerwonym tygrysem przez tę samą asfaltową trasę, co o świcie. Jest to główna droga prowadząca do stolicy kraju. Ze względu na przemieszczanie się zwierząt, wczesnym rankiem i późnym popołudniem ruch drogowy zostaje wstrzymany. W ciągu dnia nie ma problemu.  Z każdej strony widzę przechadzające się wolno słonie. Obsypują się piaskiem, podnosząc do góry trąby. Stada żyraf, niczym sztucznie namalowane na tle afrykańskiej sawanny, spoglądają na nas z góry. Przebiegają pawiany, wylegują się gnu, odpoczywają w cieniu zebry i duże bawoły...
A my?... Na motorze, pośrodku pięknej i żywej Afryki.


Pozdrawiamy Was serdecznie i do zobaczenia w Mozambiku.

(korekta: Katarzyna Wolska)