niedziela, 11 lutego 2018

Dwa kilogramy szczęścia

1 luty 2018 roku, druga w nocy – zaczęło się. Nie budzę jednak Michała, wiem że przed nami jeszcze wiele godzin. Pomimo zmęczenia nie mogę już zasnąć, może na kilka minut przymyka mi się oko. Około czwartej, mój coraz cięższy oddech budzi mojego męża. Zaczynamy odliczanie. Pomiędzy uderzeniami bólu wciąż mam kilkanaście minut przerwy. Około piątej postanawiamy ruszyć w drogę.
- Nie jedźcie jeszcze, nie chcecie utknąć na korytarzu, na niewygodnych ławkach. Przed wami ciągle wiele godzin oczekiwania. Wracajcie do pokoju, nabierajcie sił, zaraz do was przyjdę – mówi Catherine, długoletnia misjonarka z Belgii.
Po chwili przychodzi, a wraz z nią odgłosy budzących się ptaków. Uczy mnie jak oddychać, na co zwracać uwagę, jak rozluźnić spinające się niepotrzebnie mięśnie, masuje mi plecy.
Z kuchni zaczynają dobiegać wspaniałe zapachy. Dzisiaj czwartek więc między kulturowe śniadanie misjonarzy. Jedna z mam naszych dzieci w wiosce opowiada o różnicach, zwyczajach i obyczajach obowiązujących na tym kawałku czarnego lądu. Chciałam zrobić naleśniki, ale w tych okolicznościach mam usprawiedliwienie. Jestem głodna, siadam na wygodnym fotelu, Michał w przerwach coraz bardziej przeszywającego bólu podaje mi małe kawałki różnych pyszności. Już nie mogę skupić się na rozmowie. Nabieram sił, wiedząc że będę ich potrzebować. Jesteśmy tutaj jak rodzina, więc nikt nade mną nie panikuje, nie użala się. To co się teraz dzieje to najnormalniejsza kolej rzeczy. Około dziesiątej bóle, w regularnych odstępach czasu nabierają na sile. Pakujemy się do Catheriny samochodu i ruszamy do oddzielnego od nas o 30 kilometrów Nelspruit.

...

Początek maja 2017 roku. Jesteśmy w krainie bocianów. Przy każdym domu jest ich kilka, są miejsca, gdzie te piękne latające stworzenia przewyższają ilościowo ludzi. Mazury... to tutaj spędziliśmy kilka cudownych miesięcy zanim powróciliśmy do Afryki. Pięknego wiosennego dnia patrzę w lustro i czuję się inaczej. Czuję się kobietą bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Wszystko mi się we mnie podoba. Psychicznie czuję się silna. Nie, nigdy nie byłam depresyjna lub niezadowolona z tego kim jestem, ale teraz wszystko jest jakby wyraźniejsze, pełniejsze i obfitsze. Coś się zmieniło. Ogórki małosolne z Michasiowej produkcji smakują lepiej niż kiedykolwiek wcześniej. Obfite śniadania rozpływają się w ustach.
- Zrób lepiej test – mówi Monika, koleżanka pracująca w folwarku, który zamieszkujemy.
Pierwszy nie wychodzi, pojawia się jakiś błąd.
Tego samego dnia kupuję kolejny. Dwie kreski, zgadza się, wiedziałam, jestem w ciąży !
Boćki wraz z młodymi wylecą do Afryki z końcem sierpnia.
- Spotkamy się na miejscu – wołam pewnego dnia masując się po brzuchu i patrząc na bocianią rodzinkę.
Moi czerwononodzy przyjaciele wylecieli, po dwóch tygodniach ruszyliśmy w ich ślady.

...

          - Czy wiecie co to będzie ? – pyta nas w kościele w dniu naszego pożegnania nieznajoma kobieta.
- Nie wiemy
- Być może zabrzmi to dziwnie, ale Bóg mi powiedział, że jest to dziewczynka a jej imię będzie Nel.
Wybuchamy z Michałem gromkim śmiechem. Pani patrzy na nas ze zdumieniem.
- Nel, to jedyne imię jakie bierzemy pod uwagę. Zastanawiałam się, czy oby to słuszny wybór, ale nic innego nie przychodziło mi do głowy. Teraz wiem, że to nie przypadek – wyjaśniam.

...

         W piątym miesiącu ciąży Nel przylatuje z nami do RPA. Jej obecność nie przeszkadza w misjonarskim życiu, w którym na nudę i brak zajęć nie narzekamy. Upał nie doskwiera, uczucia mdłości, zgagi, opuchniętych stóp, czy zachcianek są mi obce.
- Jak to możliwe – dziwią się towarzysze misji.
- Łaska, moi drodzy – mówię z uśmiechem na twarzy.

...

Koniec stycznia 2018 roku. Tuż obok naszej dziecięcej wioski krążą boćki.
- To nasze boćki z mazur – krzyczymy z radością.
31 stycznia dwa z nich siadają na najwyższym z drzew.
- To dziwne – mówi Comella – jedna z misjonarek. – One nigdy tu nie przylatywały. Wygląda jakby przybyły specjalnie dla was. Zapowiadają przyjście Nel.

...

          1 luty, dojeżdżamy do państwowej kliniki w Nelspruit, która jeszcze do niedawna znajdowała się na Nel Street (ulica Nel). Mieliśmy rodzić w państwowym szpitalu, gdzie personel nie pała miłością do mężczyzn przebywających na oddziale, gdzie kobiety w bólach oczekują na korytarzu i gdzie ilość rodzących w jednym pokoju jest większa niż bym tego chciała. Wykopali nas jednak stamtąd, nie wiedząc nawet dlaczego.
- Musicie jechać do kliniki – słyszymy kilka dni wcześniej. – W razie komplikacji przywiozą was do nas.
- Ok, może to i lepiej – myślimy.

Około 11 rano wchodzimy do kliniki. Udajemy się na pierwsze piętro gdzie znajduje się oddział położniczy. Ku naszemu zaskoczeniu jest zupełnie pusto. Nie ma nikogo. Położna prowadzi nas na salę. Nie ma najmniejszego problemu by Michał i Catherine byli ze mną. Sala jest jasna, przytulna, cała dla nas. Jest cisza i spokój, w tle rozbrzmiewają dźwięki spokojnej muzyki, którą włączyła Catherine. Co kilka minut słychać mój wzmożony oddech. Pomiędzy skurczami nabieram sił, odpoczywam. Towarzyszy mi pełna koncentracja i gotowość na przyjęcie kolejnej dawki uderzeniowej bólu. Na tym etapie to nie łagodny ból, ale przeszywające na wskroś monstrum.
Michał przytrzymuje mi głowę, Catherine spokojnym tonem mówi o oddechu, przypomina o mięśniach. Ich obecność jest bezcenna. Michaś przynosi wodę, czasami zadaje pytania, ale ja już nie mogę odpowiadać. Oszczędzam energię, a każde słowo wydaje mi się wielką jej stratą. Nie ma krzyku, który często widywałam na filmach. Jest oddech i przyjmowanie kolejnej fali skurczu. Czy boli? Jasne. Ale wiem, że nic nie mogę z tym zrobić.
- PRZYJ !!! – słyszę równocześnie okrzyk Catherine i położnej.
- PRZYJ !!! – pojawia się jeszcze dwu, może trzykrotnie.
Zanim cała wyszła z mego łona już wydobyła z siebie pierwszy wrzask, bardzo silny i donośny.
Nel, najcenniejszy dar jaki otrzymałam, przyszła na świat 1 lutego o 13:23 czasu południowoafrykańskiego.
Zostajemy sami. Michał siedzi w fotelu, my śpimy, ja z Nel ułożoną na mym brzuchu.

          Wieczorem wracamy do domu. Na najwyższym z drzew siedzą nie dwa, ale trzy bociany. Czekają na nas. Witają naszą trójkę .

Nigdy więcej już się nie pojawiły...




 
































2 komentarze:

  1. Się wzruszyłam 🙊 gratulacje

    OdpowiedzUsuń
  2. to wspaniale wiesci, WITAJ NEL!!! twoj przyjaciel Ben urodzil sie 10 grudnia a wiec przy nastepnym spotkaniu mozecie sie pobawic. Gratuluje wam tej malej osobki!!

    OdpowiedzUsuń