niedziela, 28 grudnia 2014

Próba wjazdu do Ghany, czyli Wybrzeże po raz drugi



                               
                Mrówki pokochały nas tak bardzo, że po kilku tygodniach pobytu na pięknej lagunie, zapragnęły nielegalnie wkroczyć na nasze terytorium i zamieszkać z nami do końca świata. Walka z armią małych najeźdźców przegrana. Czas ruszyć dalej. Kierunek Ghana. Oprócz toczonej wojny z upartymi insektami bodźcem do wyjazdu była chęć zobaczenia Matica i Eliz , autostopowych podróżników poznanych w Mauretanii. To z nimi, na piaskowych terenach Islamskiej Republiki, mieliśmy przyjemność spędzić kilka dni. Ghana miała być naszą bazą spotkań. „Dotrzemy tam do końca roku”, padło przy pożegnaniu w małej miejscowości pustynnej Mauretanii.
                W drodze na granicę zatrzymaliśmy się na terenach produkcji kauczuku. Przy wjeździe na plantacje wisi tabliczka ostrzegająca przed zagrożeniem śmiercią. Tabliczki nie zauważyliśmy. Wjechaliśmy na pole obok, tuż przy kauczukowym raju. Nie omieszkaliśmy zapytać pana z motyką czy nie ma problemu by spędzić tutaj noc. „Nie ma” usłyszeliśmy.  Po pół godziny zjawiają się młodzi chłopcy, pokaźna grupa. Pokazują przerażeni że nie możemy zostać, gestykulują że karabiny, że zginiemy, że do wioski. „Ale droga zalana”, dukam kilkoma wyrazami po francusku. Podjeżdża motor, mówi tylko jedno słowo i od krzykliwej gromadki słyszymy: „Witamy”. Uśmiech na twarzach, pełen spokój, odchodzą machając życzliwie. Kto to był?, myślimy. Boss kauczukowego dobrobytu? Nieeeee….Może  ochrona? Nieważne… Noc spędziliśmy bezpiecznie.
                Każde przekraczanie granicy to ścisk w żołądku. Nigdy nie wiemy czego się spodziewać. Same wizy to nie problem. Samochód to zabawa po pachy. Dokumenty, odprawy celne, psy szukające narkotyków, panowie grzebiący w szafkach. Tym razem będzie dobrze. Ghana to przyjazny kraj.
                Przygraniczne miasteczko ma tak wielkie dziury że obawiam się czy problemem nie będzie raczej urwane zawieszenie. Wyjazd bezproblemowo, pieczątka wyjazdu wbita. Dojeżdżamy do Ghany. Na pierwszy strzał dwie panie mundurowe. Jedna zajada, mówiąc coś do miski ryżu, chyba do nas. Druga bierze dokumenty: „Przecież ja nic nie rozumiem !”, pada z nad biurka. Dajemy jej ubezpieczenie zakupione w Afryce. To jej nie przekonuje. Oprócz tego jakiś nie mundurowy pan, od momentu gdy nas ujrzał, wykrzykuje: „Carnet  depassage! carnet depassage..!!!!”... „Zamknij się!”, mówię w duchu. Jest to ostatni dokument o jakim chciałabym usłyszeć. Nie mamy go. Bardzo drogi papier, o którym dowiedzieliśmy się w Portugali. Nawet jakbyśmy wiedzieli o nim w Polsce, oprócz stresu, nie wiele by to zmieniło. Koszt około 20 tysięcy złotych. Jeśli nie wrócisz w przeciągu roku, kasa przepada. Wiadomo że nie wrócimy. Idziemy z policjantem do innego okienka, tutaj mała zadyma, ktoś bierze nasze paszporty, leci by załatwić wizę, wielka pani przykłada temperaturowy pistolet do naszych głów. 36,7, zdrowi. Eboli brak. Ktoś wciska jakieś papiery do wypełnienia. Coś o eboli. Idziemy dalej, kolejna pani. Słyszymy : „Nie ma Carnet nie ma wjazdu, do widzenia”. Idziemy dalej. Młody oficer za wszelką cenę  próbuje nam pomóc prowadząc do różnych okienek z nadzieją że jednak coś da się zrobić. Kolejna odmowa i kolejna...
Bez wyjaśnień dwóch służbowych pakuje mnie do auta. Tym razem nie naszego. Michał się buntuje. Zabierają mu żonę. „Spokojnie, wsiądź do busa i podążaj za nami” mówią.  Zawożą nas z powrotem do Wybrzeża Kości Słoniowej. No i co teraz mamy niby zrobić? Zadaje niewypowiedziane pytanie. Zanim kończę je w swojej głowie słyszę od żandarma: „Jedźcie do Abidżanu. Załatwcie wizy w ambasadzie. Dopiero wtedy zajmiemy się papierami na samochód. „Ale jak?”, pytam. Mówili że nie da rady… Afryka...Afryka…Da rade.
                Abidżan. Wielki moloch. Większy niż Warszawa. Niekończące się korki. Unoszący smog spalin. Pot leci. Jazda po nim to istne szaleństwo. Z czterech pasów robi się pięć. Co drugie auto obdrapane z  boku. Taksówkarz z dyndającym zderzakiem jedzie bez bocznych lusterek. Czasami wypadek. Stłuczka czterech samochodów, zakleszczenie tira z osobówką, jest zabawa. Nie wiem kto bardziej zestresowany, ja czy Michał za kółkiem. Wszędzie słychać cmokanie, to rodzaj zawołania, zwrócenia uwagi. Tutaj się nie gwiżdże , tu się cmoka. Robią to bardzo głośno. Próbowałam, ale takiej skali nie osiągam. W korku można kupić wszystko. Czapkę  Mikołaja, idą święta... Kieliszki do wina, obrusy, lampki na choinkę, zabawkę supermena, scrabble... Korkowi sprzedawcy zwinnie przemykają między autami. Potrafią biec obok potencjalnie zainteresowanego przygrywając na fujarce by zaprezentować swój produkt. Tutaj to normalne, ale mi jest bardzo przykro… Chciałabym kupić cos od każdego, nie mogę, nie mam miejsca, nie potrzebuję choinki. Mam nadzieję że bogaci mieszkańcy potrzebują. Przejeżdżając przez przedmieścia widać poranne kąpiele dzieci. Małe golaski i kilka wiaderek. Starsze pomagają umyć młodsze. Dzieje się to na ulicy, przed ich domem. Każdego dnia dziękuję Bogu za prysznic w naszym busie. Mijamy kobiety robiące pranie lub siedzące w salonach piękności. Niezależnie od tego czy jest to salon za milion dolców, czy stołek pod mizernym zadaszeniem w biednych przedmieściach afrykańskiego molocha, kobiety na całym świecie pragną być piękne. Niczym się nie różnimy. Może tym, że w Europie robimy modne strzyżenia, balejaż czy pasemka, tutaj warkoczyki, plecionki i cuda na głowie. Brak tylko klimatyzacji i zamiast spokojnej muzyczki w tle słychać  odgłosy trąbiącego miasta z gromadką dzieci dookoła. Nieważne… zawsze to chwila relaksu.
                W ambasadzie przywitała nas pani recepcjonistka. Nie była zbyt przyjazna. Powiedziała co trzeba, dała formularze. W porządku, nie musimy być najlepszymi kumpelkami.
Martwiło nas kilka rzeczy. Niemieliśmy zaproszenia od mieszkańca Ghany, ani międzynarodowego prawa jazdy, ani międzynarodowego dowodu rejestracyjnego. „Ale spokojnie”, myślimy sobie. Wszystko wytłumaczymy osobie decyzyjnej. Że kamper, że nie potrzeba hoteli, że tak i że siak…Manewr ten zadziałał w ambasadzie Wybrzeża Kości Słoniowej, więc zadziała i tutaj. Nie zadziałał.  Do spotkania nigdy nie doszło. Odmowa wizy turystycznej. „Możecie dostać tylko tranzyt, 48 godzin”, usłyszeliśmy dnia następnego. 48 godzin to szaleństwo.  Nie przyjęliśmy jej. Jeśli wydarzy się cokolwiek, mała awaria, blokada drogi, zalanie, nie zdążysz, jesteś ugotowany. I co? Znowu nas przetransportują z misiem w paszporcie?
Rozpoczęła się dwudniowa wycieczka po różnych biurach, które teoretycznie, wymagane papiery mogą załatwić. Zdobycie zaproszenia zostawiliśmy na później.
Jednym z biur do których nas pokierowano było ministerstwo transportu. Zaprowadzono nas na pięterko. Muzyka głośno gra, siadamy przy biurku. Głośniczki mam przy samym uchu więc ciężko dosłyszeć co do mnie mówią. Na ścianie plakat Jana Pawła II, na stole otwarta biblia na Psalmach. Jedna pani wygląda jakby miała perukę …a może świeżo wyszła od fryzjera? Nie mogę się napatrzeć. Coś mi nie gra z jej twarzą. Zastanawiam się czy to w ogóle jest kobieta?... Nie mogę się skupić, czuję się jak w filmie. Do rzeczy… słyszymy że wyrobienie papierów jest  możliwe. Odbiór w dniu dzisiejszym. Płacimy, zostawimy kopie dokumentów i jakby kamień spadł nam z serca…Telefon po godzinie. Wracamy do biura. Nie jest to jednak możliwe. Zwrot gotówki. ”Przykro nam”, mówi pani o dziwnych włosach. Nam jeszcze bardziej.
                Wskakujemy do taksówki bez lusterka i jedziemy do polskiej ambasady. Kierowca się zgubił, nie znajduje nawet odpowiedniej dzielnicy.  Z pomocą naszego gpsa Michał pomaga mu odnaleźć dany region. Szukamy ulicy 53. Mijamy 77, 108,88…Kierowca nie ma pojęcia która jest ta właściwa. Po długich poszukiwaniach wiemy że już za późno, nie zdążymy, na pewno jest zamknięte. Kierujemy go pod ambasadę Ghany, gdzie stoi nasz samochód. Przy pożegnaniu zamiast umówionych 2500 dajemy mu 3000 za to że podwiózł nas kawałek dalej. On chce 4000.
-„No ale nie zawiozłeś nas tam gdzie chcieliśmy, nie zdążyliśmy nic załatwić”, uprzejmie tłumaczymy kierowcy.
- „No ale zawiozłem was do wskazanej dzielnicy”, odpowiada taksówkarz.
-„Ale nie pod wskazany adres”, protestujemy
-„Przecież nie mogę znać wszystkich ulic”, tłumaczy się
-„Więc dlatego przed kursem pytaliśmy się czy znasz”
Wymiana trwa jeszcze trochę. Nie mogę uwierzyć jak inny jest tok rozumowania, pracy, wykonywania zleceń. To był ciężki dzień. Nie chce mi się kłócić, dajemy 4000.
                Dzwonimy do mamy…Mamy są zawsze przekochane. Prosimy by sprawdziła czy uda się załatwić międzynarodowe prawo jazdy i dowód rejestracyjny bez osoby zainteresowanej. Uda się. Huraaaaa!!!! Dowodów rejestracyjnych nie robią, ale tłumaczenie na francuski i angielski może pomóc na granicy. Fotki strzelamy w busie. Siostra Michała zaangażowana do przeróbki i przygotowania ich pod dany wymiar. Brat służy za kuriera, drukarza, poszukiwacza tłumacza, kierownika zamieszania. Obie mamy udają się do urzędów. Po kilku dniach gotowe dokumenty zabiera DHL. Są już w Afryce.  Dzięki kochani za pomoc. Jesteście niezastąpieni.  Mamy nadzieję odebrać je po nowym roku w  wyznaczonym punkcie w Abidżanie.
                Po wielkomiastowej przygodzie powróciliśmy na lagunę. Święta spędziliśmy przy ognisku zajadając się avocado z przypiekanym chlebem, zagryzając orzeszkami, popcornem, popijając afrykańskim winem. Po zmroku złapaliśmy stopa i ciągnikiem udaliśmy się do miasteczka. Tam życie w pełni. Kobiety gotują jak zawsze, niektóre serwują ryby, inne kanapki, ryż. W barach popijają piwko, muzyka rozbrzmiewa. Młodzi się wałęsają. Siadamy na murku. Podczas rozmowy Michała z mamą, bawię się z maluchem, który raczkuje po betonie, pilnuje go starszy brat i siostra. Jedyną zabawką jest brudny sflaczały różowy balon. Mikołaja chyba nie było. Jeśli kiedykolwiek zaczniemy marudzić podczas świąt…cieszmy się że mamy tak wiele i przestańmy narzekać moimi mili…Mam nadzieję że tutaj nikt nie był głodny. Ryb jest dużo. Każdy mężczyzna to rybak.  Nam tylko nic nie udało się tego dnia złapać. Nic nie szkodzi. Następnego ranka poznaliśmy Sobo, który przywiózł nam kilka pięknych sztuk. Był również w wigilię, jednak nie zdążył, pojechaliśmy już do wioski. Łowi ryby by móc zarobić na szkołę. Dlaczego częstuje nas rybami?  Tak po prostu…Bo jak stwierdził: „ Przecież dobrze się dzielić tym co Bóg daje.”

Afryka mnie zaskakuje…

Pozdrawiamy gorąco i do usłyszenia wkrótce.

W drodze do Abidżanu

Abidżan, przedmieście

Poranna toaleta
Fabryka




Ho ho ho...



Salon piękności


Z powrotem na lagunie

Świąteczne sprzątanie



Wasze zdrowie kochani. Spełnienia marzeń w nowym roku!

wtorek, 9 grudnia 2014

Wybrzeże Kości Słoniowej



Wybrzeże Kości Słoniowej… Nie ma słoni, ani ich kości. Jest za to dużo słońca, pięknej zieleni, mnóstwo ptaków, kolorowych jaszczurek i małych kąsających żyjątek.
                Do Yamoussoukro jest jedna droga z dziurami wielkości samochodu osobowego. Pobocza pomagają by nie urwać koła. Można oczywiście zapuścić się w głąb, jak to my nie omieszkaliśmy uczynić próbując dostać się do parku z nadzieją ujrzenia wymarzonego słonia, żyrafy, lwa, tygrysa, hipopotama,…listę zwierzęcych marzeń mam długą. Po dniu jazdy po piaskowej wyboistej drodze z prędkością 15km/h dowiedzieliśmy się że dalej nie pojedziemy. Droga nieprzejezdna. Zamiast zwierzaków mogliśmy przyjrzeć się mieszkańcom maleńkich wiosek żyjących …no właśnie jak…inaczej. Kobiety zawsze gdzieś chodzą. Z wielkimi ładunkami na głowach, często z przywiązanym dzieckiem na plecach. W Afryce nie ma wózków. Na głowie niesiesz 10kg drewna, prania, jedzenia lub innych dobroci, na plecach dzieciaka, czasami drugiego w brzuchu, w ręku maczetę. Mijaliśmy różne plemiona. Niektóre kobiety charakteryzowały się kolczykami w nosie, inne tatuażem wokół ust. Niesamowite kolory. Nie wiem czy to ludzie, czy ta zieleń, ziemia, czy mieszanka całości daje niesamowity klimat egzotyki tak odległej od Europy.       
                Raz pokierowani przez pana z Burkina Faso zatrzymaliśmy się w regionie wydobywania złota. W czasach swojej świetności sprowadził on wielu białych którzy przy pomocy wojska i policji skutecznie odcięli mieszkańców od pracy i wzbogacenia się na złotych darach skrywanych w ich ziemi. Po wydobyciu czego się dało, biali wyjechali, zostały okruszki, wciąż wydobywane przez tubylców. Nie ma już wojska, ilości zbyt małe by przykuły uwagę „biznesmenów”.
                Innym razem zatrzymaliśmy  się nad jeziorem gdzie głównym zajęciem mężczyzn była wycinka drewna z rodziny bambusa z których wyrabiali piękne stoły, abażury, stoliki czy krzesła. Wcześnie rano ruszali z maczetami, niektórzy odziani w gumiaki  by w ciągu dnia przenieść na głowie lub na rowerze długie pędy gładkich, ociosanych kawałków drewna. Patrzyłam na nich z podziwem. W pełnym słońcu kilkakrotnie przemierzali długą drogę bez butelki wody, bez nakrycia głowy. Żyją w klimacie do którego natura wyposażyła ich idealnie. Ja męczyłam się by przetrwać dzień, upał był zbyt wykańczający, samo bycie mnie bolało.
                Na plantacjach kakaowca jest lepiej. Wielkie liście dają zbawienny cień, przestrzeń pomiędzy drzewami pozwalała na zaparkowanie, a brak niskich roślinności eliminuje węże. Można spotkać stada wołów wyłaniających się z drzew, stonogi grubości liny holowniczej lub grupę kobiet z wielkimi maczetami zajmującymi się  zbieraniem drewna na opał. Ujrzawszy mnie po raz pierwszy uciekły z przerażeniem machając maczetami nad głowami. Po pół godziny nabrały odwagi , zabrały trzy koleżanki i przyszły zobaczyć co to za zjawa siedzi w ich lesie. Skończyło się na śmiechu i zdziwieniu, szczególnie gdy zobaczyły Michał paradującego w slipkach. Śmiech na mój widok to częsta reakcja kobiet. Nie mówię o uśmiechu, mówię o wybuchu śmiechu prosto w twarz. Może i jestem zabawniutka, a może zbyt biała i nie rozumiejąca francuskiego. Lepiej śmiech niż złość szczególnie w obecności pięciu kobitek z wielkimi maczetami w dłoniach.
                Laguna niedaleko Assinie, małego miasteczka które jak większość na Wybrzeżu Kości Słoniowej wygląda jak wioska. Lubimy je. Zatrzymaliśmy się na chwilę, wyszło dłużej. Zauroczeni spokojem i pięknem tego miejsca. Otoczeni palmami i mnóstwem kokosów. Mijani przez mieszkańców  nadoceanicznych osad, którzy na swych łodziach zwanych pirogami przemierzają lagunę oddzielającą ich od lądu. W ten sposób dostają się do pracy lub zawożą dzieci do szkoły.
                Pierwszego dnia pobytu w kokosowym raju poznaliśmy Jula i jego synka Izaaka. To on nauczył nas obierania kokosów i zabrał swoją pirogą przez lagunę nad otwarty ocean. Długie kilometry spacerowaliśmy po białych plażach gdzie nie było praktycznie nikogo. Sporadycznie domki, ośrodki dla bogatych świecące pustkami, osady ukryte w lesie, gorąca woda oceanu a w niej ja i Izaak udający małą wierzgająca rybę. Mieliśmy okazję odwiedzić jedną osadę w której sortowano świeżo złowione ryby. Niektóre wyglądały jak okazy z filmów przyrodniczych. Wielkie, płaskie, z płetwą jak u rekina lub innego wodnego zabójcy.
                W ciągu tygodnia laguna jest cicha i spokojna. W weekendy pojawiają się motorówki i skutery wodne. Przybywają mieszkańcy Abidjanu do swoich weekendowych posiadłości. Zarówno rdzenni obywatele Afryki jak i pokolenie byłych kolonizatorów. Po raz pierwszy ujrzeliśmy białych w Abidjanie, myśleliśmy że to turyści. Nie…to mieszkańcy. Turystów brak.
                Każdego ranka widujemy te same twarze przypływające do brzegu. Wśród nich jest jeden pan wiecznie naprawiający swój rower. Każdego ranka przypływał na połamanej desce surfingowej, naprawiał rower schowany w krzakach i jechał do pracy. Po kilku dniach Michał nie wytrzymał i poszedł obejrzeć gdzie tkwi problem. Z powodu zerwanego gwintu wypadało tylne koło, każdego dnia mocowane na nowo za pomocą sznurka. Michał naprawił usterkę wstawiając nową śrubę. Pan już nie spędza godzin na wiązaniu koła ani nie chowa roweru w krzakach. Jego uśmiech i codzienne pozdrowienia są bezcenne.
                Pomimo wielu gestów serdeczności i gościnności, zdarzają się przypadki postrzegania nas jak skarbonki i świętych Mikołai, którzy podróżują z workiem prezentów dla każdego. Na zawołania o podarunek również wyciągam rękę prosząc o jeden dla mnie. Kończy się często obustronnym śmiechem. Nie do śmiechu mi jednak gdy o podarunki prosi policja. Nigdy nie wiem czego się spodziewać. Michał bez krępacji oświadcza że sam chciałby coś od nich lub twardo mówi że nic dla nich nie ma. Zawsze działa.
                Moimi ulubionymi dniami stały się te pochmurne. Jak nigdy doceniam teraz deszcz, który co kilka dni zrasza rozgrzaną ziemię. Za pierwszym razem nie omieszkaliśmy z radości wykąpać się w jego strugach. Kocham słońce jednakże codzienne upały sprawiają że każdy dzień bez niego jest ulgą dla ciała. W Afryce wszystko się zmienia, nie tylko nastawienie do pogody ale do bogactwa, ubioru, smaku. Zmieniasz smaki. Tutaj nie wyskoczę rano po świeżą bułkę i nie zjem z masłem i twarożkiem, po południu nie zamówię pizzy z dostawą do domu lub nie ugotuję brokułów zapiekanych w serze. Tutaj jemy to co jest a nie to na co mielibyśmy ochotę. Czy to źle? Nie, inaczej. Zaczynasz doceniać małe rzeczy jak pojawienie się kapusty po dwóch tygodniach jedzenia pomidorów z cebulą przyrządzanych na setki sposobów. Dobrzy z nas kucharze, w szczególności Michał więc z niczego pichcimy mistrzowskie dania. Chodzi o te smaczki za którymi czasem tęsknię. Szybko wypycham je z głowy i cieszę się życiem, tym co mamy i każdym dniem niesamowitej przygody. Nie mniej jednak one są i zaskoczyły mnie swoim pojawieniem a może w ogóle istnieniem.
Posiadanie. W Polsce prawdopodobnie postrzegano by nas jak bezdomnych mieszkających w busie. Tutaj czujemy się bardziej niż normalnie z poczuciem że niczego nam nie brak.
Kwestia ubioru. Tutaj nie zastanawiasz się czy buty pasują do kiecki, tutaj zakładasz co masz a moje ciuchy mimo że z lumpeksów zawsze są w lepszym stanie niż te noszone przez ludzi spotykanych każdego dnia. Zaskakujące jest to że większość z nich ma uśmiech na twarzy, pogodę ducha i dobre słowo na ustach. Przecież jest nowy dzień, jesteśmy zdrowi, najedzeni więc czym się przejmować.
Z takim nastawieniem życzymy Wam wszystkiego dobrego i do usłyszenia wkrótce.

Różne ptaki i ich śpiew sprawiają że czujemy sie czasami jak w zoo

Królestwa ogromnych termitów

Wielkie stonogi

Na kakaowej plantacji

Gdzieś w głębi lądu

Jadąc w poszukiwaniu słoni


Nie tylko dorośli mają wiele na głowie



Wieczorna kąpiel

Młócąc zboże na ulicy

Na dawnej kopalni złota, po lewej pan z Burkina Faso



Yamoussoukro




Pan z bambusami, w oddali wypalali trawy
Płatna autostrada z Yamoussoukro do Abidjanu a na niej takie sklepiki

i ogromne krewetki


Abidjan

Abidjan

Dla kontrastu centrum Abidjanu

Abidjan nad oceanem

Reklama dźwignią handlu

Wyburzone biedne dzielnice na przedmiesciach Abidjanu

Nasza laguna

Codzienne przeprawy na ląd z rowerem w pirodze
 



Sadzonka kokosa


Wieczorne kąpiele w gorącej wodzie

Pozdrowienia dla wszystkich radiowców