wtorek, 20 września 2016

Swaziland

                Patrząc na przejście graniczne, zastanawiam się, czy to ciągle Afryka. Albo tak długo nie było nas w Europie, albo ta granica rzeczywiście różni się znacznie od kilkunastu innych, przekraczanych przez nas do tej pory. Różni się nie tylko swoją nowoczesnością, ale również brakiem opłat wizowych. Ostatnie lata naszego życia to wiara w ponadnaturalne zaopatrzenie. Wiara w Boże finanse, Jego ochronę i bezpieczeństwo. Możliwość wjazdu do nowej krainy bez konieczności pozbycia się stu lub dwustu dolarów to wielka przyjemność. Jedyna opłata to 50 randów (około 15 PLN) za motor. „Skąd mamy wziąć 50 randów”, myślę sobie. Nie ma tu „żywych kantorów”, które wymachują plikiem pieniędzy i wykrzykują w różnych językach możliwość wymiany miejscowej waluty. Ku mojemu zaskoczeniu Michał, jak gdyby nigdy nic, wyciąga banknot z kieszeni. „Chyba żartujesz”, mówię. Przed wyjazdem z Mozambiku jedna koleżanka, mieszkanka RPA, podarowała nam dokładnie taką kwotę, o której istnieniu zupełnie zapomniałam. „Na lody”, powiedziała wtedy. Bóg wie wszystko, On jest kierownikiem naszej wyprawy i to On wie najlepiej: kiedy, ile i na co nam potrzeba. Używa do tego obcych ludzi, nowo poznanych znajomych, starych przyjaciół lub bliską rodzinę. Pieniądze zawsze na czas znajdują się na naszym koncie, niekiedy ktoś wkłada nam banknot do ręki, a innym razem kupuje wycieczkę do narodowego parku z dzikim zwierzem.

                Toalety – co tu dużo mówić: po raz pierwszy od bardzo dawna jest w nich papier, pachnie ładnie, mydło w płynie, bieżąca woda i… ogólnie dostępne, darmowe prezerwatywy. To próba walki i zahamowania rozprzestrzeniającego się i tak wysokiego już wskaźnika zakażonych wirusem HIV.

                Królestwo Suazi ma w sobie królewskie piękno. Mała, bajkowa, górzysta kraina, na przejechanie której wystarczy zaledwie jeden dzień. Dowiedziałam się o jej istnieniu dopiero po dwóch latach podróży po afrykańskich bezdrożach. Żeby nie było aż tak łatwo, to ceny za noclegi skoczyły czterokrotnie w górę. Nie ma pośrednich rozwiązań. Przydrożne motele to koszt nawet 100 zł. Co zrobić? Nic… cieszyć się chwilą i podążać za marzeniami. „Nie… nie będziemy aż tak dużo płacić”, ustalamy jednak. Poszukajmy czegoś u lokalnych gospodarzy. Po długich i bezskutecznych próbach znalezienia tańszego pokoju, tuż przed zachodem słońca ukazuje się nasza ostatnia szansa. To stary budynek, wyglądający jak zaniedbany, długo nieużywany hotel. Ktoś każe nam podjechać pod drzwi i porozmawiać ze starszą panią, ona tu rządzi.  „Nie, nic nie ma, nie wynajmuję pokoi”, odpowiada pani. Próbujemy ruszyć a tu klops, przebita opona w dwóch miejscach. Robi się ciemno, więc Michał stara się szybko naprawić usterkę. Potrzebna jest  latarka. Mam wrażenie, że ciemność zapadła szybciej niż zawsze.  „Postaram się coś znaleźć”, mówi w końcu starsza pani. O nie!!! Pośpiech nie okazał się najlepszym pomocnikiem. Śrubokręt robi kolejną dziurę w dętce, tym razem w tej nowej. „No to lepiej żeby starsza pani jednak coś znalazła”, mówię. Czekamy jeszcze chwilę. Jest bardzo zimno. Jesteśmy  w górach i w nocy temperatura spada nawet o 20 stopni w dół. „Robię co mogę”, oznajmia z uśmiechem pani. „Gotowe”, mówi po chwili. Jedna z jej przybranych córek przeniosła się do pokoju siostry. Oddała nam swój pokój. Duży, z wielkim łóżkiem i łazienką. Nie ma bieżącej wody, ale to akurat najmniejszy problem. Dostajemy nawet wiaderko z grzałką, by nie zamarznąć przy wieczornej toalecie. Przy tych temperaturach zimny kubeł wody nie byłby najzdrowszym pomysłem. „Zostańcie ile chcecie”, oznajmia pani. Zaprzyjaźniamy się z rodziną i dzieciakami. Poznajemy miasteczko i okolice. Korzystając z propozycji starszej pani, zostajemy kilka dni. Nasze ciała potrzebują odpoczynku. Kilkanaście dni jazdy bez dnia przerwy skutecznie obniżyły poziom naszych sił i energii. Przebita nocą dętka stała się zatem zbawienna, a starsza pani, kręcąca początkowo nosem, przemiła i kochana do łez.

                Pewnego wieczoru niespodziewanie pisze do nas Doris, koleżanka od której dostaliśmy 50 potrzebnych nam randów. „W RPA jest bardzo ciekawa konferencja”, mówi. „Może chcielibyście przyjechać?”. „Czy jest możliwość taniego noclegu?”, pytamy. Okazuje się, że jest. Kolejna baza Iris, organizacji, którą odwiedziliśmy w Mozambiku, ma być naszą chwilową przystanią. Mają tam wioskę dla dzieci i dom dla odwiedzających. Znajdzie się miejsce i dla nas.  Jedziemy do Południowej Afryki, kraju, którego odwiedzać nie mieliśmy zamiaru. Nie zdajemy sobie jeszcze sprawy, jak bardzo zmieni on nasze życie oraz dalszy bieg zdarzeń.

                W drodze do RPA poznajemy Bethany. Dzielimy z nią pokój w przepięknym miejscu otoczonym starym lasem. Okazuje się, że właśnie tego dnia ma urodziny. Spędzamy wspólnie wieczór, a później poranek przy obfitym śniadaniu. Czasami znajdujemy się w pewnych miejscach, by być tam dla kogoś. Poznajemy ludzi na chwilę, na jeden dzień lub kilka godzin. Każde spotkanie ma znaczenie. Każde spotkanie jest wyjątkowe. Każde spotkanie może dać innym tak wiele. Zatrzymanie się dla jednostki i rozmowa z nieznajomym może być cenniejsze, niż się nam niekiedy wydaje. Tego dnia byliśmy tam dla Bethany. Po kilku godzinach ruszamy do RPA, do domu dziecka, który zmieni tak wiele.


Pozdrawiamy Was serdecznie i do usłyszenia wkrótce.

(korekta: Katarzyna Wolska)